Główna » Powrót do Polski z Kolumbii z koronawirusem w tle

Powrót do Polski z Kolumbii z koronawirusem w tle

by Mario

Powrót do Polski trwał w sumie cztery dni. Tyle zajęło nam przedostanie się ze stolicy Kolumbii do Warszawy. Nie mieliśmy tego w planach, ale chyba nikt wtedy się nie spodziewał, że 15 marca nasz Rząd zamknie ruch lotniczy w Polsce, a my dowiemy się o tym w Guatapé – w samym środku naszej miesięcznej podróży po Kolumbii.

Tych wszystkich, którzy twierdzą, że przecież było wiadomo jak będzie z tym całym koronawirusem i rozwojem światowej pandemii, uprzejmie informujemy, że w momencie wylotu my nie wiedzieliśmy. W Polsce wtedy jeszcze nikt nie zachorował, w Kolumbii również. Nic nie zapowiadało tego, co się wydarzyło potem.

Jak powinno być

Nasza przygoda z Kolumbią powinna się zakończyć planowo 26 marca, na lotnisku w Warszawie. Dzień wcześniej powinniśmy opuścić Bogotę samolotem Turkish Airlines i po 14 godzinach dolecieć do Stambułu. Tam kilka godzin oczekiwania i po kolejnych dwóch godzinach mieliśmy wylądować na Okęciu.

Żebyście mieli też ogląd całej sytuacji, w której się znaleźliśmy, to trzeba wyjaśnić, że podróżować szybko po Kolumbii się nie da, chyba że samolotami. My właśnie tak podróżowaliśmy, co w rezultacie też powodowało kilka kłopotów, ale o tym za chwilę.

Zamknęli lotniska i co dalej?

Obudziliśmy się gdzieś pośrodku Kolumbii w przepięknym malutkim miasteczku Guatapé. Zjedliśmy śniadanie i właśnie mieliśmy wychodzić na zwiedzanie. Zdecydowaliśmy jednak poczekać do konferencji prasowej naszego Premiera, o której słyszeliśmy dzień wcześniej. Dodatkowo dochodziły do nas plotki o zamknięciu granic. Nie bardzo w to chcieliśmy wierzyć, ale z zaciekawieniem włączyliśmy profil facebookowy Kancelarii Premiera. Dziesięć minut później już wiedzieliśmy! Zamknięte wszystkie lotniska od północy z soboty na niedziele (był piątek), tylko LOT z akcją LOT do domu albo czartery mogą lądować w Warszawie.

Pomyśleliśmy: paranoja! Tysiąc myśli na minutę, wracać, nie wracać? Kilka telefonów do Ambasady RP w Bogocie i brak jakiejkolwiek, jednoznacznej odpowiedzi, jak można wrócić. Ambasada radziła, żeby wyjeżdżać jak najszybciej do Niemiec i stamtąd organizować podróż samochodem do Polski. Drugą proponowaną przez urzędników opcją było przedłużenie pobytu w Kolumbii.

Uznaliśmy, że i tak nie mamy jak wrócić, co jest faktem, więc nie przerywamy naszej podróży. Trochę z marsowymi minami próbowaliśmy się cieszyć Kolumbią. Zapisaliśmy się też na Lot do domu z Bogoty i Stambułu, w nadziei, że może z tego drugiego miejsca uda się coś złapać.

Macie 12 godzin!

Taki komunikat dostaliśmy po odebraniu telefonu z LOT. Za 12 godzin będzie startował samolot ze Stambułu do Warszawy. Był 16 marca. Szkoda tylko, że byliśmy w Kartagenie. Mieście oddalonym o 1000 km od stolicy Kolumbii. Jak doliczymy do tego zmianę czasu i czas potrzebny na dotarcie do Stambułu, to zabrakłoby nam kolejnych 24 godzinm żeby się wyrobić na ten lot.

Pani z LOT-u dała nam jednak nadzieję stwierdzeniem, że na 100% będzie organizowany jeszcze jeden lot ze Stambułu, ponieważ zapotrzebowanie jest bardzo duże.

W samej Kartagenie zaczynało się również robić nieprzyjemnie. Przede wszystkim jeszcze na lotnisku w Medellin, z którego lecieliśmy do Kartageny, hotel anulował nam nocleg. Jak się okazało, bali się przyjmować obcokrajowców. Plaże zostały zamknięte, a na ulicach czuliśmy się uważnie obserwowani.

Uznaliśmy, że skoro ma być ten lot do domu ze Stambułu, nie ma co szarżować, pakujemy się i wracamy.

Przepraszam, chciałbym zmienić rezerwację

Gdy już zapadła ta decyzja, pozostało nam zmienić tylko dwie rezerwacje lotnicze. Ta główna była najważniejsza, bo ona determinowała, czy w ogóle wrócimy wcześniej, czy raczej będziemy zmuszeni czekać na nasz planowy lot.

Bilety niestety były kupione przez agencję (pośrednika), co zasadniczo nie ułatwia sprawy. W normalnej sytuacji wszystkie zmiany należy robić przez agencję, a nie przez linię lotniczą (w naszym przypadku Turkish). Próba dodzwonienia się do agencji nie dawała rezultatu. Dzwoniliśmy z Kolumbii, dzwonili przyjaciele z Polski i nic.

Po kilku godzinach dzwonienia do Turkish Airlines dostałem odpowiedź, że zmiana rezerwacji naszego lotu jest niemożliwa przez call center. Trzeba to zrobić bezpośrednio na lotnisku. Wtedy też dowiedziałem się także, że najbliższy lot do Stambułu, który ma dla naszej piątki miejsca jest za trzy dni (19 marca).

Z Kartageny do Bogoty

Planowo ten lot mieliśmy odbyć 22 marca. Bilety mieliśmy kupione w Aviance (największej linii w Ameryce Południowej, która jakiś czas temu ogłosiła kontrolowaną upadłość). Tu też niestety nie dało się dodzwonić. Próbowaliśmy i my i nasi przyjaciele z Kolumbii. W końcu postanowiliśmy, że skoro nie możemy zmienić naszej rezerwacji, to kupimy jeszcze raz bilety (ok 1000 zł za całą naszą piątkę). System jednak był tak przeciążony, że płatność kartą nie przechodziła. Ciągle dostawaliśmy komunikat, że bank proceduje całą operację.

Niewiele myśląc, spakowaliśmy się i tego 16. marca wieczorem wparowaliśmy na lotnisko w Kartagenie. Poszliśmy wprost do odprawy. Pierwsze podejście i komunikat – nie da się tu zmienić rezerwacji, trzeba iść do biura Avianki. Nie musiałem się pytać gdzie ono jest, ponieważ kolejka do wejścia ciągnęła się przez całe lotnisko. Do wylotu samolotu 2 godziny a stania, na oko, na 4. Wracamy do odprawy. Tym razem dzieci na ręce i błagalnym wzrokiem prosimy o zmianę wylotu. Pani z obsługi po kilku minutach i konsultacji z przełożonymi wydała nam karty pokładowe. Pierwsza część planu wykonana – wróciliśmy do Bogoty.

Z Bogoty do Stambułu

Samoloty Turkish latają z Bogoty do Stambułu co drugi dzień. Akurat 17 marca o 9 rano planowo miał odlatywać samolot do Turcji, na który w systemie rezerwacji nie można już było kupić nawet biletu – można zatem domniemywać, że cały jest wyprzedany. Niezrażeni jednak tym faktem, o godzinie 7 rano byliśmy pierwsi przy okienku obsługi tureckiej linii. Tym razem już nauczeni doświadczeniem, z dziećmi na rękach, zaczęliśmy tłumaczenia naszej sytuacji i konieczności zmiany rezerwacji z 25 marca na 17 marca.

Z zegarkiem w ręku – 30 minut – tyle trwała cisza ze strony kobiety w biurze obsługi Turkish. Słyszeliśmy jedynie dźwięk stukania w klawiaturę. My też byliśmy tak zestresowani, że baliśmy się, że jak się o coś zapytamy, to nici z naszego powrotu. Dziś nie wiemy, czy to dzieci, czy nasza cisza czy po prostu dobre serce pracowniczki Turkisha, ale po półgodiznnym oczekiwaniu, bez słowa wyjaśnienia, dostaliśmy coś, co przypominało list intencyjny. Najważniejsze, że miał on nam pozwolić wsiąść do samolotu, który miał wystartować za dwie godziny z lotniska w Bogocie. Miał, bo nie wystartował. Wystartował po ponad 3,5 godziny, ale najważniejsze, że z nami na pokładzie.

Coraz bliżej domu

Udało się. Wylądowaliśmy w Stambule – 18 marca rano. Druga część planu wykonana.

Ogarnęliśmy sobie na lotnisku kartę SIM. Usiedliśmy i znaleźliśmy nocleg na Airbnb. Zarezerwowaliśmy go wstępnie na dwie noce. Optymistycznie, tak bym napisał patrząc na to, że ostatecznie Lot do domu odleciał ze Stambułu dopiero około 4 kwietnia. Jednak wtedy jeszcze wierzyliśmy, że trzeba będzie poczekać max. 2-3 dni.

Ambasada w Ankarze

Czas w mieszkaniu w Stambule upływał nam w zasadzie na przeżywaniu strasznego jet laga i odświeżaniu strony internetowej LOT-u. Coś mnie jednak tchnęło, że zamiast poszukiwać pomocy na stronach konsulatu generalnego Polski w Stambule, zajrzałem na stronę ambasady w Ankarze. Sam zachodzę w głowę, czemu się tak zafiksowałem na tym Stambule, zapominając całkiem o stolicy Turcji. Na stronie ambasady znalazłem informację, że Itaka organizuje lot czarterowy do Warszawy 20 marca z… Kaiseri.

Kaiseri?

Jezu, gdzie to jest? Takie stwierdzenie wpadło nam samoistnie do głowy. Szybki rekonesans. Zaledwie 660 km od Stambułu w sercu Kapadocji, leży sobie miasteczko Kaiseri, będące najwyraźniej centrum tureckiego narciarstwa. Genialnie, brakuje nam tylko nart i już można by miło spędzić najbliższe dni. Nie było nam jednak wtedy do śmiechu. Jedyny sposób żeby się tam dostać, to samolot. Znowu samolot, przy tak napiętej sytuacji na lotniskach, los nas ponownie wysyła na lotnisko.

Nie pozostaje nam nic innego, jak próbować. Kupiliśmy lot do Kaiseri ze Stambułu (400 zł za wszystkich). Było ich kilka w ciągu dnia. Przeczuwając jakieś niepożądane akcje, wybraliśmy lot, którym będziemy na lotnisku w Kapadocji cztery godziny przed planowanym odlotem czarteru. Tego samego dnia też kupiliśmy bilety od Itaki (2000 zł za naszą piątkę). W poczuciu triumfu, 19 marca o godzinie 12:00 udaliśmy się gremialnie na kolejny jet lagowy sen.

Ze snu wyrwał mnie sms. Jak przez mgłę przeczytałem coś w obcym dla mnie języku. Dopiero po chwili mózg rozpoznał w znaczkach angielski. „we would like to inform you that your flight has been canceled…” . No nie…. Jak to anulowany? Otrzeźwiałem od razu. Kolejny telefon do Turkish z zapytaniem, co się dzieje. Okazało się, że nic się nie dzieje, tylko tych lotów dziennie jest kilka i zawsze któryś kasują. Tym razem bez większego problemu zmieniliśmy lot, ale na wcześniejszy. Nadal nie ufaliśmy, że jak weźmiemy lot, który w normalnych warunkach pozwoliłby nam bezstresowo załapać się na czarter, to wylecimy. Także zamiast czterech godzin na lotnisku będziemy czekać w Kapadocji siedem godzin.

Lecimy do Kapadocji

Niespodzianka! W Kapadocji jest stuprocentowa zima. Śniegu masa, a my nadal w cienkich softshellach. Najgorsze było to, że to lotnisko w Kaiseri to istny kurnik. Nijak mu do jakiegokolwiek standardu lotniska w Europie, a my mieliśmy tam spędzić siedem godzin z nadzieją, że trójka naszych dzieci będzie tam siedzieć spokojnie a nie froterować podłogi na kolanach.

Karty pokładowe na lot czarterowy Itaka z Kapadocji
Karty pokładowe na lot czarterowy ITAKA

Szybko odnaleźliśmy rodaków w podobnej sytuacji jak my, którzy zjechali do tego lotniskowego kurnika z całego świata, żeby dostać się do Warszawy. Kaiseri stało się centrum repatriacji Polaków do domu.

Jesteśmy w domu

No prawie, bo jak już wylądowaliśmy, to cyrku był ciąg dalszy. Po 2 godzinach lotu ze Stambułu do Warszawy, czekaliśmy na płycie lotniska jeszcze 2 godziny. Stało się tak, ponieważ kilka dni wcześniej, ktoś wrzucił do sieci zdjęcie tłoczących się rodaków w hali przylotów Okęcia i teraz puszczali samolot po samolocie. Pech chciał, że przed nami wylądował Nowy Jork.

Tego 20 marca Warszawa wydawała się nam taką bezpieczną przystanią. Odetchnęliśmy, że jesteśmy w domu, a jednocześnie patrzyliśmy na wszystko z lekkim przerażeniem, niedowierzaniem i strachem, jaki ten nasz dom będzie. Czekała nas 14-dniowa rygorystyczna kwarantanna z trójką dzieci na pokładzie i codziennymi wizytami policji. Jak się jednak okazało, nie było aż tak źle, jak się spodziewaliśmy.

PS.

Dziękujemy wszystkim, którzy nam pomogli wrócić, dzięki za odstawiony samochód na lotnisko, dzięki za zakupy, dzięki za ogarnięcie psa i za niezliczone ilości pytań czy nie potrzebujemy jakiejś pomocy. Dostaliśmy od Was mnóstwo dobra.

Czy żałujemy, że wylecieliśmy do Kolumbii? Nie. Wychodzimy z założenia, że wszystko dzieje się po coś. Tak po prostu miało być. Poza tym, przy tamtym stanie wiedzy, nie mogliśmy przypuszczać, że wszystko potoczy się w taki a nie inny sposób.

PS 2.

Kilka dni po naszym wylocie z Kolumbii, państwo to wprowadziło całkowity lockdown. Zamknięcie kraju trwa do tej pory. Ktoś chyba jednak nad nami czuwa, prawda? 🙂


DOŁĄCZ DO NAS

Matka z trójką dzieci siedzi na ziemi w lesie w Puszczy Zielonej
Jasio na hulajnodze Scoot

Będzie nam super miło, jeśli polubisz nasz profil na Facebooku.

Z góry wielkie dzięki za zaobserwowanie nas na Instagramie!

Zapraszamy też do naszej grupy na Facebooku Aktywni Rodzice – co fajnego można robić z dziećmi. Zarażamy w niej energią do rodzinnego podróżowania i aktywnego spędzania czasu z dzieciakami.

A może marzysz o podróżach ale nie wiesz od czego zacząć? Wejdź na nasz księżyc – moonandback.pl. Zabierzemy Cię w podróż życia! #robniemozliwe

2 komentarze

gosia 13 lipca, 2020 - 14:08

Szczerze, to czyta sie to z dreszczykiem emocji, bo kazdy kto podrozowal, wiec co znaczy chociazby jeden odwolany lot a tu cala seria skomplikowanych i niepewnych polaczen. Ale przede wszystkim, ze daliscie rade to wszystko co powyzej z trojka maluchow, ktore trzeba nakarmic, uspic, i zabawic podczas lotow/na lotnisku, to prawdziwy respect.

Reply
Mario 13 lipca, 2020 - 14:10

Dzięki,
jak teraz sobie o tym myślimy to dużo szczęścia po prostu mieliśmy. Nasze dzieci są już przyzwyczajone do tego, że się przemieszczamy i samolot w sumie dla nich to nie jest już jakieś szczególne miejsce. Najgorszy moment był jednak wtedy na lotnisku w Bogocie, jak nie wiedzieliśmy czy uda się nam zabrać na samolot do Stambułu.

Reply

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.