Bogota zmęczyła nas szybciej niż jakiekolwiek inne miasto w ostatnich latach. Hałas, tłok, korki, ostrzeżenia o bezpieczeństwie jeszcze zanim wyjechaliśmy z lotniska.
I jednocześnie to właśnie tutaj zaczęła się nasza Kolumbia.
O tym przeczytasz
Pierwsze zderzenie z Bogotą
Ciepło! Jest ciepło! Taką mieliśmy pierwszą myśl po tym, jak wylądowaliśmy na lotnisku w Bogocie. Cieszyliśmy się, że zostawiliśmy mroźne przedwiośnie w Warszawie, ale jeszcze bardziej cieszyliśmy się na to, co będzie się działo przez najbliższe trzy tygodnie.

Z lotniska odbierają nas nasi znajomi, u których będziemy mieszkać przez najbliższe dwa dni. Przez 45 minut dostajemy porcję najważniejszych informacji o mieście, gdzie szczególne miejsce zajmuje bezpieczeństwo w Bogocie.
Bezpieczeństwo w Bogocie
Jeśli otwierasz okno w samochodzie, to tylko trochę. Nic nie powinno leżeć na widoku. Takich rad dostaniemy przez najbliższe dwa dni masę. Obcy ludzie w komunikacji zwracają nam uwagę, że Karola ma wisiorek na szyi, który łatwo zerwać. Kilka razy ktoś nam każe bardzo mocno trzymać dzieci za ręce. Ilość i intensywność tych rad zaczyna w nas samych wywoływać mimowolnie strach przed otoczeniem, a całe otoczenie zdaje się być, na przekór, bardzo przyjazne.

Po dwóch dniach mieliśmy już własne zdanie. Bogota jest chaotyczna i męcząca, ale ani razu nie poczuliśmy się realnie zagrożeni. Strach, który w nas budowano, był większy niż rzeczywistość.
La Candelaria bez planu
Każdy pamięta chyba swój pierwszy raz…w nowym mieście i to towarzyszące podniecenie, czy miasto sprosta oczekiwaniom. My się nauczyliśmy, że im większe oczekiwania tym większe rozczarowanie, dlatego ruszyliśmy w miasto z otwartą głową, chłonąc to, co nas otacza. No i uważając na nasze dzieci, jak nam radzono.

Zaplanowaliśmy sobie dwa dni w Bogocie i nie mieliśmy jakiegoś szczególnego planu. Postanowiliśmy za radą przewodnika Lonely Planet zobaczyć La Candelaria – najstarszą dzielnicę stolicy Kolumbii. Jest to też najbardziej turystyczna przestrzeń w mieście, w której warto się po prostu zgubić. Piękna, niska, kolonialna architektura od razu przywołała nam naszą podróż na Kubę, a szczególnie miasto Santiago de Cuba. Dodatkowo, w każdej z uliczek znajdziemy sklepy w pięknym rękodziełem, szczególnie biżuterią.

Mieliśmy lekkie obawy, czy brać ze sobą wózek na to zwiedzanie. Jak się okazało, całkiem nieuzasadnione. Może nie jest to idealne miasto dla wózków, ale widzieliśmy gorsze, a nasz Easywalker Buggy XS dawał sobie znakomicie radę.
Bogota jak się przekonamy później to był zupełnie inny klimat niż ten, który znaleźliśmy w Villa de Leyva.

Carrera Septima – ulica, która pokazuje skalę miasta
Poruszanie się po Candelarii jest banalnie proste, ponieważ całe miasto jest na planie siatki, gdzie nazwy ulic to w zasadzie ich numery. Główną arterią, częściowo wyłączoną z ruchu samochodowego jest Carrera 7 (ulica numer 7). To na niej rozpoczynamy naszą przygodę z Bogotą. Pierwsze zderzenie jest dość dziwne. Budynki, wygląd ulic, ludzie dookoła – wszystko to potwierdza, że jesteśmy w Ameryce Południowej, ale ilość carittos (wózek do handlu obwoźnego), zapachy oraz tłum i kakofonia dzięków i hałasów sugerują, że jesteśmy gdzieś w Azji Południowo-Wschodniej.



Ta ulica to też szczególne miejsce, ponieważ wzdłuż niej znajduje się bardzo duża ilość kościołów. W połowie XIX w. w Bogocie, na 290 tys. mieszkańców było 30 kościołów, z czego 1/3 znajdowała się właśnie na 7. ulicy. Kościoły stanowiły jednocześnie bramę wjazdową do miasta. Były też miejscem poboru opłat wjazdowych. Spełniały jeszcze jedną ciekawą funkcję.
Sanktuarium El Carmen – biało-czerwone zaskoczenie w Candelarii
Uwielbiamy ten sposób zwiedzania, bez spinki, bez planu, bez rozczarowań. Może nie zobaczymy wszystkich must see, ale wcale nam na tym nie zależy. Zamiast iść wprost do placu Bolivara 7. ulicą, co i rusz zbaczaliśmy z niej, bo dostrzegaliśmy coś interesującego. A to trafiliśmy na niesamowity biało-czerwony kościół albo na malownicze niebieskie budynki.




Mania i Jasio na zmianę chcieli coś sobie kupić. To wołanie o każdą rzecz przy każdym stanowisku zakończyliśmy triumfalnym zakupem świeżego kokosa.


Plac Bolívara i Muzeum Złota z trójką dzieci

W taki właśnie sposób dotarliśmy do głównego placu Bogoty imienia Simona Bolivara, na którym króluje katedra Primada de Colombia. Po raz kolejny mieliśmy wrażenie, że cofnęliśmy się o sześć lat do Hawany.

Stąd już w zasadzie rzut kamieniem do Muzeum Złota. Na ostatnim piętrze tego muzeum jest cały dział przeznaczony dla dzieci, gdzie często można trafić na warsztaty plastyczne. Same muzeum robi wrażenie, ale niestety z trójką dzieci nie byliśmy go w stanie obejrzeć w całości.


Wzgórze Guadalupe – widok inny niż w przewodniku


Większość turystów odwiedzających Bogotę chce obejrzeć te wielomilionową metropolię z góry. Głównym punktem obserwacyjnym jest wzgórze Monserrate. Jest to miejsce ważne nie tylko ze względu na widok, ale również ze względu na znajdujący się na szczycie wzgórza kościół. My dzięki uprzejmości Andrei, która tego dnia była naszym przewodnikiem i kierowcą, odwiedziliśmy całkiem inne wzgórze – Gudalupe. Podobno widok z niego jest dużo ładniejszy, a inną ogromną zaletą jest to, że widać z niego kościół na Monserrate. Jednak żeby tam się dostać, trzeba mieć własny transport.



Bangkok Ameryki Południowej
Po pierwszym dniu zwiedzania Bogoty nazwaliśmy ją Bangkokiem Ameryki Południowej. Wydaje się nam, że to określenie najbardziej oddaje charakter tego miasta. Ilość ludzi, jaka się przetacza przez ulice jest ogromna. Ilość dźwięków i hałasu, jaka do nas dociera męczy okrutnie. Komunikacyjnie też jest koszmar przypominający ten ze stolicy Tajlandii. Odcinek 10 km potrafiliśmy przejechać samochodem przez godzinę. Komunikacja publiczna funkcjonuje, ale w godzinach szczytu ciężko się mimo wszystko do niej dostać.
Bogota w dwa dni to zdecydowanie wystarczający czas, żeby wiedzieć, czy chce się ją odkrywać dalej czy też uciekać. My wybraliśmy to drugie.




2 komentarze
Hej, macie namiary do przewodniczki Andrei? Polecacie?
Nie, nie mamy już kontaktu do niej.