Nie zawsze można wszystko przewidzieć. Nasze podróżnicze wpadki.

by Karo
Podróżowanie z dziećmi zazwyczaj jest banalnie proste. W zasadzie nie różni się niczym od zwykłego spaceru do parku: pakujemy wszystkie potrzebne rzeczy a jak nam czegoś zabranie, kupujemy w najbliższym sklepie. Czasem jednak zdarzają się sytuacje, których nie da się przewidzieć ani zaplanować. Drobne wpadki, złośliwości rzeczy martwych albo dziwne zrządzenie losu, na które nie ma się wpływu. Co wtedy robimy? Włączamy tryb „error”, działamy jak najszybciej się da i mamy nadzieję, że uda nam się rozwiązać problem. I wiecie co? Po powrocie do domu to właśnie takie sytuacje zapamiętuje się najdłużej.
 

A może tak zostaniemy w Chile?

Chile to nasza pierwsza długa podróż z półroczną wtedy Manią. Ostatnie dni w Ameryce Południowej spędzaliśmy w nadmorskiej miejscowości Vina del Mar. Po trzytygodniowej włóczędze z południa na północ miło było odetchnąć kilka dni w położonym na wzgórzu z widokiem na Pacyfik apartamencie, wynajętym przy pomocy serwisu AirBnb od Chilijki na co dzień mieszkającej w stolicy – Santiago.
 
Z Santiago na wybrzeże jest 127 km. Bilet na autobus do Vina kupiliśmy bez problemu bez wcześniejszej rezerwacji – na tej trasie jeździ bardzo dużo przewoźników, dlatego też autobusy odjeżdżają co kilka minut. Powrót zaplanowaliśmy sobie z zapasem czasu. Lot powrotny do Polski mieliśmy o 23:10. Na dworcu w Vina del Mar byliśmy o godzinie 18.00. Pierwsze podejście do kasy, krótka wymiana zdań i okazało się, że najbliższy autobus jest za 1,5 godziny. Niezrażeni chwilowym niepowodzeniem, idziemy do innego przewoźnika. U kolejnego czekać trzeba jeszcze dłużej. Szybko wracamy po bilety na 19:30. Z drżeniem głosu pytamy, o której autobus jest na dworcu w stolicy. Pamiętam, że odpowiedź wprawiła nas w konsternację. Autobus planowo miał jechać ponad dwie godziny! Tę samą trasę, którą wcześniej przejechał przez godzinę i czterdzieści minut. Po naszej szybkiej kalkulacji okazało się, że nawet przy założeniu, że autobus nie będzie miał żadnych opóźnień na trasie, czas na dostanie się z dworca autobusowego do odlotu naszego samolotu skurczył się nam do niespełna godziny! Nie ma szans, zostaniemy w Chile. Motywowani tą myślą, wykorzystaliśmy ostatnie grosze na karcie sim na dwa błagalne smsy do kobiety, od której wynajmowaliśmy mieszkanie, z prośbą, żeby przyjechała po nas na dworzec i zawiozła nas na lotnisko. I wiecie co? Mimo późnej niedzielnej pory, ona bez problemu przyjechała! Na lotnisko wpadliśmy 30 minut przed odlotem. Wszystko się udało.
 

Gdzie jest łazienka?     

Couchsurfing to świetny sposób na poznanie życia mieszkańców danego państwa – we wszystkich naszych podróżach staramy się korzystać z tej opcji jak najczęściej. Odkąd jednak portal wprowadził ograniczenia i płatne usługi, znalezienie noclegu za pomocą serwisu dla rodziny z dwojgiem dzieci zrobiło się dużo mniej prawdopodobne niż wcześniej. Tym bardziej cieszyliśmy się, że będąc w naszej samochodowej wyprawie po Chorwacji, na Istrii udało nam się znaleźć miejsce do spania.
Pierwsza lampka ostrzegawcza powinna się nam zapalić w momencie, w którym otrzymaliśmy zamiast adresu współrzędne GPS. Jadąc do naszego gospodarza, żartowaliśmy sobie, że to pewnie dom pośrodku niczego albo że ktoś nas wyprowadza w pole. Jednak to, co zostaliśmy na miejscu zaskoczyło nas kompletnie. Nasi gospodarze okazali się dwoma, co prawda bardzo sympatycznymi, upalonymi ziołem squatersami, mieszkającymi w szopie zbitej z blachy falistej. Wokół tego budynku biegało stado różnej wielkości psów, kolejne stado czworonogów siedziało w wielkim kojcu. Na ziemi leżały niedopałki papierosów, resztki psiego jedzenia. Brudne naczynia, książki i stare gazety leżały na kilku stolikach z palet, kilku wędrowców przyjemnie bujało się w hamakach, w ogóle nie zwracając uwagi na to, co dzieje się dookoła. Obraz nędzy i rozpaczy dopełniło pytanie Mani o  toaletę. Po tym, jak zobaczyła wykopaną dziurę w ziemi przysłoniętą tylko z jednej strony płachtą przeciwdeszczową, ze łzami napływającymi do oczu powiedziała: „Tatusiu, boję się”. Wtedy po raz pierwszy zrezygnowaliśmy z noclegu u couchsurfingowców.
 

Czy ma Pani coś przeciwgorączkowego?

Powrót z Tajlandii zapadnie nam w pamięci na długo. Ostatniego dnia przed wylotem do Polski, dopadł nas wirus, jakaś mutacja rota. 17 godzin wymiotów Mani, gorączka i brak choć chwili snu z mojej strony na trasie Bangkok – Doha. Na dodatek, uruchomiliśmy jakieś procedury katarskich linii lotniczych, bo przesiadka na samolot do Warszawy, w Doha, odbyła się karetką, z wizytą w ambulatorium i narastającą z minuty na minutę niepewnością, czy w ogóle pozwolą nam wsiąść do samolotu do Warszawy. A wszystko to przez niewinne pytanie o lek przeciwgorączkowy dla Mani, zadane przez nas stewardessie (nasz błąd, że nasze leki zostawiliśmy w głównym bagażu). Mimo że z ambulatorium wypuścili nas z dobrymi rokowaniami, to przy wejściu na pokład drugiego samolotu, obsługa i tak upewniała się kilka razy u lekarza, czy na pewno mogą nas wpuścić. Przygoda i tak skończyła się niestety w szpitalu dziecięcym w Warszawie, ponieważ Mania po odstawieniu leków przepisanych przez lekarza znowu zaczęła wymiotować i to na tyle intensywnie, że było zagrożenie odwodnienia. Na szczęście po podaniu kroplówki wszystko wróciło do normy.
 
Niespodzianki i nieprzewidziane sytuacje w podróży zdarzają się zawsze. Czy wobec tego należy przestać podróżować? Oczywiście, że nie! Trzeba po prostu być na to przygotowanym i nie tracić nadziei, że na pewno znajdzie się rozwiązanie.
 
A Wy, mieliście podobne przygody? Podzielcie się w komentarzach! 
 
 

********************************************************

Dołącz do nas!

⇒ Zapraszamy Cię do naszej grupy na Facebooku Aktywni Rodzice – co fajnego można robić z dziećmi, w której zarażamy energią do rodzinnego podróżowania i aktywnego spędzania czasu z dzieciakami. 

⇒ Możesz także polubić profil Our Little Adventures na Facebooku i obserwować nas na Instagramie

Bądźmy w kontakcie! smiley

2 komentarze

Ilona Czerwiec 7, 2018 - 10:36

To fakt że często zdarzają się sytuacje beznadziejne ale jakoś potrafimy z nich wybrnąć. Kilka lat temu, przed planowanym wylotem okazało się że nasz 5 letni syn ma nadany zły pesel ( pomylona jedna cyfra). Co opóźniło wydanie paszportu. Musiano nadać mu nowy, na co pan z biura paszportowego nie miał wpływu. Bilety kupione, wylot za 2 dni a paszportu brak😱 Ale udało się, dzień przed wylotem odebraliśmy paszport 😃 Jeszcze dodam że syn poleciał z salmonellą, która zaraził się kilka tyg przed i która nie chciała go opuścić 😔

Reply
Agata-Nitki w drodze Czerwiec 7, 2018 - 09:49

Ohh. ostatnio na Kubie mielismy podobną niezbyt miłą przygodę. Ostatnia godzina do wyjazdu na lotnisko i wymioty u dwójki naszych maluchów. Do tego powrót trwający 37 godzin. Zostawilismy w domu bagaże i pojechaliśmy do szpitala, w którym zostaliśmy kilka dni. Niezbyt przyjemnie, ale rotawirusa jak widac można złapać wszędzie.

Reply

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.