Mani podróże Taty okiem

by Mario
Pierwsza moja podróż z dziewczynami zaczęła się 25 maja 2014 r. na izbie przyjęć szpitala św. Zofii w Warszawie. Myślę, że nie było i nie będzie w moim życiu bardziej wymagającej wyprawy. Pełnej emocji, zmęczenia, hałasu, ale i radości, miłości, którą ciężko opisać. To wtedy poczułem, jak wielka jest moja miłość do Karoli. Wtedy też poznałem nowy rodzaj miłości. Do tej małej, ważącej niewiele ponad 3 kg, 54-centymetrowej osóbki. Tak się zaczęła moja pierwsza „wyprawa”. Moja miłość do dziewczyn zostaje, podróżowanie też. Zmienia się za to Mania i sposób, w jaki podróżujemy.
Jeździmy razem, odkąd Marianka skończyła 6 tygodni.  W zasadzie powinienem napisać, że jej podróże zaczęły się jeszcze w brzuchu mamy. W 4. miesiącu ciąży polecieliśmy na Kubę, 3 miesiące później do Paryża. Od tego wyjazdu nasze podróżowanie ciągle się zmienia. Każdy wyjazd jest inny, na każdym uczę się naszej córki na nowo i na każdym zadziwia mnie nieustannie. I jeszcze jedna rzecz: z perspektywy czasu widzę, że mieliśmy szczęście podczas „losowania” dzieci. Trafiło się nam dziecko, które przesypiało prawie całe noce, nie płakało praktycznie w ogóle, po prostu ideał. Dzięki temu decyzja o pierwszych wyjazdach była zdecydowanie łatwiejsza.
W naszym przypadku potwierdza się jednak teza, że najłatwiej się podróżuje z dzieckiem, jak jest małe :-). Wtedy co najwyżej kupa na plecach stanowi wyzwanie. Jedzenie jest zawsze pod ręką, nie trzeba się martwić o lęk separacyjny. Trzeba tylko chwilę spokoju, w czym równie skuteczni są oboje rodzice. Tak było we Włoszech, bezproblemowo, beztrosko. Łatwo było wtedy Manię zostawić na chwilę pani siedzącej obok w restauracji, by np. skorzystać z toalety, bo akurat zakochała się w jej oczach. Od pierwszych tygodni nasze dziecko podróżowało i to nie tylko w sensie przemieszczania się, ale też w sensie poznawania nowych osób, potraw i miejsc. Swoją drogą, Ciekawe byłoby poznać za kilka lat „kopię” Mani, która nie podróżowała i porównać, co dało jej to uspołecznianie w takiej formie.
Poważnym wyzwaniem była nasza pierwsza długa podróż. Co spakować? Jak się przygotować? Czy planować w każdym calu wyjazd, czy jednak sprawdzi się spontaniczność? Brać pieluchy, jak tak, to ile? Wózek, lekarstwa? Choroba wysokościowa?. Tyle pytań i wątpliwości, a okazało się, że najlepszym wyjściem jest spokój, bo ten się również udziela Mani. Poza tym dzięki Karoli, która ma 100 razy większą wiedzę, o tym jak dziecko może reagować w określonych sytuacjach, ja się czułem o wiele pewniej.
Chile okazało się strzałem w dziesiątkę. Mania miała wtedy pół roku, była już na tyle samodzielna, że jadła rączkami pierwsze posiłki. Nadal można ją było „sprzedać” i dość szybko zapominała o istnieniu rodziców :-). Poza tym ciągle jej wymagania były raczej minimalne. Jemy, śpimy, śmiejemy się, przytulamy i zwiedzamy. Chociaż już pod koniec wyjazdu brak obecności mamy, szczególnie wieczorami, objawiał się donośnym płaczem. Pierwszy etap lęku separacyjnego przeżyliśmy na pustyni Atacama. Przez dwa wieczory Mania nie mogła zasnąć. Dużo płakała a nam bardzo trudno było ją uspokoić. Mimo że to ja próbowałem ją uśpić i to u mnie na rękach płakała, widziałem że Karolina przeżywa to o wiele bardziej niż ja. Chyba przez brak tej więzi, jaką mama ma z dzieckiem, my ojcowie nigdy nie będziemy w stanie tego zrozumieć. Ja sobie to wszystko racjonalizowałem. Nie dzieje jej się krzywda, jest najedzona, przewinięta, jest jej ciepło i wygodnie, a płacz jest sposobem na wyrażenie emocji.
Pierwsze większe oznaki zmian jej zachowania dostrzegłem podczas wyjazdu do Rumunii. Było to dość ekstremalne doświadczenie dla Mani, dla nas również (4 dni – 2000 km). W końcu, ile można siedzieć w foteliku?! Choć wydaje mi się, że przez to, że głównie ja prowadziłem, byłem jakby obok problemu. Starałem się pomóc, ale i tak większość rzeczy spadała na Karolę. Zmieniła się też u Mani świadomość otaczającego ją świata. Dzięki temu, że już raczkowała, mogła trochę po swojemu  obserwować zwierzęta (szczególnie interesujące były koty i owce :-)), interesować się mijanymi po drodze roślinami (przyglądała się wszystkim kwiatkom, krzewom i drzewom), ale jeśli chciała jeść, to wiedziała, kto może zaspokoić jej potrzebę i domagała się tego bardzo głośno i intensywnie. A to, że akurat wiało albo padało nie miało zbytniego znaczenia.
No i w końcu nasza ostatnia podróż, która zamyka rok życia Mani i rok podróżowania. Przede wszystkim Islandia jest na tyle specyficzna, że po drodze spotyka się stosunkowo mało ludzi. W naszym przypadku nie miało to jednak większego znaczenia, bo Mania złapała „wstydziocha”. Reakcja na każdą napotkaną osobę była tylko jedna – ucieczka do mnie albo do Karoli. Mania potrzebowała też czasu, żeby oswoić się z nowym miejscem.  Tak sobie myślę, że mimo ogromnych chęci i pewnie faktycznej pomocy, nie byłem w stanie odciążyć Karoli w opiece nad Manią. Dodatkowo nasza córka niejako zrobiła krok w tył – przestawiła się całkowicie na tryb jedzenia z piersi, co przy okazywaniu niezadowolenia z jej braku, skutkowało w dużej mierze zmęczeniem psychicznym Karoliny. Być może trafiliśmy po prostu na kolejny skok rozwojowy – na Islandii Mania zaczęła chodzić :-). Jak mówi Karola, z reguły jest tak, że wraz ze zdobywaniem kolejnego etapu samodzielności, dziecko dużo bardziej intensywnie komunikuje swoje potrzeby. Nie wiedząc jednak jak je wyrazić, Mania szukała  większej bliskości i bezpieczeństwa.
Przez ten rok Mania zmieniła się diametralnie. Na Islandii potrafiła się zająć sama sobą. Przez 10 min, ale to zawsze coś :-).  Widać było, że coś jej się podoba, albo nie. Najdobitniej o tym świadczą zdjęcia z basenów termalnych :-).  Poza tym fakt, że oboje w tym samym czasie obserwujemy jej rozwój i to jak szybko się zmienia, przynosi nam chyba największą radość. Dlatego podróżować przestać nie zamierzamy! Musimy tylko kupić jakąś maszynę, co drukuje dobrej jakości banknoty :-).

3 komentarze

natalia Luty 21, 2016 - 18:43

Świetnie się to czyta, zwłaszcza z perspektywy osoby, która ma dylemat, czy jechać z 10 miesięcznym dzieckiem na Kubę. Bardzo bym chciała, bo w Ameryce południowej zakochałam się podczas podróży do Peru, ale mam obawy związane ze zmianą strefy czasowej. Nasz syn ciężko zniósł zmianę czasu na zimowy, wstaje o 6 rano, wiec obawiam się, ze podczas pobytu w Ameryce Pd będzie wstawał o 2 ;). Jakie macie doświadczenia w tej kwestii? Jak Mania to zniosła? I tak dlugi lot?

Reply
Mario Luty 21, 2016 - 20:07

Czy jechać, odpowiemy, że TAK! Mania pierwszą zmianę czasową miała w wieku 5 miesięcy. Też ją zniosła dość słabo budziła się o godzinę wcześniej dokładnie jak wasz syn. Za to nie ma problemu przy jet lagach przy lotach. Szczególnie w tamtą stronę, gdy odejmujemy godziny. Wydaje się, że dziecko znosi dużo lepiej zmianę czasu niż dorośli, bo mimo wszystko przesypia w ciągu dnia dużo więcej (choć Mańka miała tylko jedną drzemkę) i też ma dużo więcej wrażeń przez to szybciej usypia. Podobnie jak dorośli.
Kuba jest cudowna na podróż z dzieckiem, serio jak traficie tanie bilety to warto! Jakby coś również służymy radą.

Reply
justabrr Czerwiec 6, 2015 - 20:00

Fajnie napisane! Konfrontacja dziecka ze światem na różnych etapach rozwoju to dla rodziców taki niezwykły bonus do podróży 🙂

Reply

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.