Wiecie, jak to jest. Siedzimy na ławce na placu zabaw albo jedziemy razem w naszym campervanie, patrzymy na nasze dzieci i myślimy sobie: są absolutnie wspaniałe. Kompletne. Wystarczające dokładnie takie, jakie są. A potem przychodzi ten jeden dzień. Dzień, w którym nasze dziecko wraca ze szkoły, z przedszkola albo z podwórka, siada z opuszczonymi ramionami i mówi cicho: „Mamo, nikt mnie nie lubi. Jestem chyba jakiś dziwny”.
Przyznam Wam szczerze, że to jeden z tych momentów w macierzyństwie, których podskórnie boję się najbardziej. Z jednej strony, jako świadomi (i często przebodźcowani) rodzice-millenialsi, mamy ogromną pokusę, żeby natychmiast założyć pelerynę superbohatera, wparować w życie naszego dziecka i „naprawić” wszystkie jego problemy. Z drugiej – włącza się w nas mechanizm obronny. Chcemy szybko zbagatelizować ból, mówiąc: „Przesadzasz, wszyscy na pewno cię lubią!”, „Nie przejmuj się nimi, to oni są głupi”. Robimy to z ogromnej miłości. Z lęku o nasze dzieci. Ale prawda jest taka, że w ten sposób tylko pogłębiamy ich poczucie wyobcowania, bo odbieramy im prawo do przeżywania smutku. No i do tego oszukujemy ich.


Co w takim razie możemy zrobić, kiedy brakuje nam słów, a nasze systemy wsparcia (słynna „wioska”) zawodzą? Ja wtedy robię to, co sprawdza mi się od lat. Sięgam po mądre, uniwersalne historie. I dzisiaj o takiej właśnie historii chcę Wam opowiedzieć.
Ostatnio, podczas naszych domowych wieczorów z książką, wpadł nam w ręce komiks „Mała ucieczka” Marzeny Sowy i Dorothee de Monfreid (wyd. Egmont, seria Klub Świata Komiksu). I choć na pierwszy rzut oka to zabawna opowieść o robaczkach, to pod warstwą ilustracji (fantastycznych zresztą!) kryje się coś znacznie głębszego. To przepiękna, ciepła instrukcja budowania własnego stada.
A czy Wy macie takie swoje ulubione książki, do których najczęściej wracacie z dziećmi? – napiszcie nam mejla (podpowiedź: to jest własnie TO pytanie z newslettera! :)
O tym przeczytasz
Najfajniejsza paczka na łące, czyli siła odrzutków
Wyobraźcie sobie czwórkę bohaterów, z których każdy dźwiga na swoich małych barkach ogromny ciężar. Mamy tu pajęczyczkę (jako absolwentka polonistyki bardzo docecniam feminatywy!), która potwornie wstydzi się tego, że nie potrafi tkać idealnych, symetrycznych pajęczyn. Jej sieci są koślawe i dziwne. Jest Mufa – mucha, z której śmieją się inne owady, bo… wyrosły jej zęby. No i przez te zęby Mufa uroczo sepleni, co tylko przypomina jej, że „normalne” muchy zębów nie mają. Do tego duetu dołącza Jaśnina, świetlik, który świeci tylko do połowy (i przez to czuje się wybrakowana), oraz wiecznie smutny truteń – pesymista i płaczek, który z góry zakłada, że nic się nie uda.





Brzmi znajomo? Każde z nich czuje się „inne”. Każde z nich jest w jakiś sposób wykluczone przez tę rzekomo „idealną” społeczność. W końcu postanawiają zjednoczyć siły i wyruszyć w tytułową małą ucieczkę.
Kiedy czytałam ten komiks razem z dzieciakami, miałam w głowie tylko jedno skojarzenie: przecież to jest wypisz wymaluj owadowa, dziecięca wersja serialu Stranger Things! Pamiętacie paczkę z Hawkins? Mike, Dustin, Lucas, Will, a potem Nastka – oni wszyscy byli szkolnymi „freakami”! To przecież dzieciaki, z których śmiała się reszta szkoły. Ale to właśnie w ich inności tkwiła największa siła. Kiedy trzymali się razem, akceptując nawzajem swoje dziwactwa, byli nie do pokonania. I ostatecznie (po pięciu sezonach! :) uratowali świat.
Twoje niedoskonałości to Twoje supermoce
Dokładnie taką samą lekcję dostajemy w „Małej ucieczce”. Nasi bohaterowie, odrzuceni przez swoich rodziców, odnajdują wsparcie w sobie nawzajem. Uczą się (i przy okazji uczą nasze dzieci), że nie muszą być idealni, by być ważni. W trakcie ich przygód okazuje się, że koślawa pajęczyna pajęczyczki może uratować sytuację w sposób, w jaki nie zrobiłaby tego zwykła sieć. Zęby sepleniącej Mufy czy połowiczne światło Jaśniny stają się kluczowe w najtrudniejszych momentach ich podróży. Ich kompleksy zamieniają się w supermoce.


„Mała ucieczka” to nasze rodzicielskie narzędzie
„Mała ucieczka” to świetne narzędzie dla nas, rodziców. Zdejmuje z naszych barków ciężar bycia psychologiem na wiecznym standbaju. Nie musimy sami wymyślać skomplikowanych teorii o akceptacji. Czasem wystarczy usiąść razem na kanapie, przeczytać ten komiks i powiedzieć: „Zobacz, pajęczyczka też myślała, że jest beznadziejna. A jednak potrafiła zjednoczyć wszystkie zwierzątka i pomóc im odkryć, kim są naprawdę”.
Zamiast zaprzeczać emocjom naszych dzieci, zamiast „helikopterować” (wiecie na pewno, o czym mówię) nad ich relacjami, możemy pomóc im szukać „ich własnego stada”. Bo nikt z nas przecież nie musi być i nie będzie lubiany przez wszystkich. Wystarczy jedna, dwie osoby, przy których możemy po prostu być sobą – nawet jeśli seplenimy, płaczemy bez powodu, nie jesteśmy tak szybcy jak reszta, czy pleciemy koślawe sieci.
Dla mnie ta książka to taka mała, literacka bezpieczna baza. Zostawiam Wam ją tutaj – niech będzie plastrem na Wasze rodzicielskie (i dziecięce!) lęki, kiedy świat poza domem wydaje się zawsze zbyt oceniający.
I na koniec info dla Was o książce
„Mała ucieczka” – tekst Marzena Sowa, ilustracje Dorothee de Monfreid, Egmont 2026, znajdziecie ją w serii Świat Komiksu. Dla kogo? Myślę, że dzieciaki 6+ spokojnie dadzą radę zrozumieć nie tylko „powierzchnię” opowieści, ale też wszystkie niuanse, te wszystkie drugie dna historii, to prawdziwe ciepło, które kryje się za tą historią. Bardzo bardzo Wam ją polecamy!
Recenzja powstała we współpracy z wydawnictem,








1 komentarz
Hejka!
Tak my też mamy swoją książkę w temacie ” inności” , to ” Zebra” autorstwa Ifi Ude.
Bardzo polecam👍
A komiks o którym piszesz gdzie można dostać?
Pozdrawiam serdecznie
Magda