Jak to robimy, że nasze dzieci są tak samodzielne? Chodzą do sklepu po zakupy, umieją zrobić sobie coś do jedzenia, jeżdżą do szkoły na rowerze, wyprowadzają psa na spacer. Jak my to robimy? Po prostu im na to pozwalamy. Tyle i aż tyle.


Kiedyś, jak jeszcze 11-letnia dzisiaj prawie Mania była w brzuchu, przeczytałam jedno zdanie, które zapadło mi w pamięć:
„Każda niepotrzebna pomoc jest przeszkodą w rozwoju.”
– napisała je znana Wam wszystkim Maria Montessori. I chyba właśnie tak mogłabym podsumować nasze rodzicielstwo. Dzieci uczą się przede wszystkim przez działanie, doświadczanie, swobodną zabawę, ruch na dworze, ale też obowiązki domowe. Nadmierna ingerencja rodziców odbiera im możliwość rozwoju, podkopuje wiarę w siebie.
Dzieci uczą się samodzielności, kiedy dajemy im przestrzeń do działania, zamiast wyręczać je na każdym kroku. Zamiast mówić „uważaj, bo spadniesz”, pozwalamy im wejść na to drzewo i samodzielnie ocenić, jak się tam czują (choć to tuuuuurbotrudne czasami!). Wysyłamy na zakupy, mimo że mogą nie przynieść wszystkiego, o co ich prosimy. Wychodzą na spacer z psem, choć te spacery nie są tak długie, jak mogłyby być z nami. Pozwalamy im popełniać błędy, bo wiemy, że to najlepsza lekcja, jaką mogą dostać od życia.
Nie podbiegamy od razu, gdy się przewrócą – czekamy, aż sami zdecydują, czy potrzebują naszej pomocy. Ufamy, że dadzą sobie radę, i często okazuje się, że potrafią więcej, niż nam się wydawało 💜. Widzimy to zwłaszcza u najmłodszej Basi.
Nie rozwiązujemy za nich problemów, ale jesteśmy obok, gdy potrzebują wsparcia i wskazówek. Czasem potrzeba do tego tony cierpliwości, ale uwierzcie mi, ona się szybko „zwróci”.
No i najważniejsze – zawsze staramy się im pokazywać, że wierzymy w ich siłę i możliwości – nigdy nie mówimy „daj, zrobię to lepiej, nie potrafisz”. Sama wiem z własnego dzieciństwa, że takie zachowanie podcina skrzydla, że heeeej!
Takie moje małe przemyślenia przy porannej kawie :).








