Chiloe

by Mario
Dzień 10
Chciałoby się zacząć, że to, gdzie dotarliśmy tego dnia i co zobaczyliśmy, przeszło nasze najśmielsze oczekiwania :-). Jeśli o jakimś miejscu można powiedzieć, że jest magiczne, to jest nim właśnie wyspa Chiloe. Żeby tam dotrzeć, postanowiliśmy wynająć (z pomocą Doroty i Miguela z Pewnego razu w Chile) samochód (29000 CLP ~ 180 zł /dobę) w Puerto Montt.  Był to strzał w dziesiątkę. Może koreańska myśl technologiczna pod nazwą Kia Morning nie była zbyt odpowiednią konstrukcją na szutrowe drogi, z jakim przyszło nam się zmagać, ale trzeba jej to przyznać – dawała radę. Harmonogram tego dnia mieliśmy dość napięty, ponieważ wypożyczenie auta trwało znacznie dłużej niż się tego spodziewaliśmy. Dojazd na Chiloe, w tym przeprawa promem (10000 CLP ~ 60 zł) zajęły nam jakieś 2,5h. Wiedzieliśmy, że musimy jeszcze zdążyć do zatoki pingwinów – Monumento Natural Islotes de Punihuil. Droga na zachodni kraniec wyspy była niesamowita. Kręta, wąska, wijąca się jak serpentyna, okraszona niesamowitymi widokami. Śmialiśmy się, że już wiemy, gdzie było robione zdjęcie na tapetę Windowsa XP. Cudo, po prostu cudo. Na końcu tej drogi, tuż przed samą zatoką, asfalt się kończy i wjeżdża się prosto na plażę :-). Zastanawialiśmy się nawet, czy w dobrym miejscu wylądowaliśmy. Po przejechaniu kilkuset metrów po plaży wiedzieliśmy już, że tak. Człowiek obsługujący jedną z łódek, właśnie odbijającą od brzegu, ochoczo zaczął do nas machać, by zachęcić do wyboru akurat jego firmy, organizującej rejsy „na pingwiny”.
Chiloe jest jedynym miejscem na świecie, gdzie można spotkać jednocześnie pingwiny Magellana i Humboldta. Dlatego też szybko wpakowaliśmy się na łódkę, która już w zasadzie odpływała. Jednak i na tym krańcu świata wszystkim rządzą pieniądze (8000 CLP ~ 48 zł od osoby)! Łódka znowu przybiła do brzegu, ku „uciesze” osób, które już się w niej wygodnie rozsiadły. Jednak widok Mani wnoszonej na pokład skutecznie rozluźnił atmosferę. Po kilku minutach i ciągłym wpatrywaniu się Mańki w nowych osobników nie było już mowy o złości. Wszyscy zaczęli się bardziej interesować Marianną niż tym, co widzą na skałach :-). Musimy pochwalić też organizatora, ponieważ miał kapok nawet dla najmłodszej uczestniczki wycieczki. Dwukrotnie za duży, ale dzięki temu spełniał dodatkową funkcję – chronił od wiatru. My z kolei w tym całym pośpiechu całkiem zapomnieliśmy założyć własnych kurtek 🙁 . Pomimo tego, że w Chile jest początek lata, pogoda na Chiloe rządzi się własnymi prawami. W tym okresie głównie pada deszcz i wieje silny wiatr, a temperatura nie przekracza 18 st. My mieliśmy o tyle szczęścia, że świeciło słońce, ale kurtka i tak była konieczna.
Mania, co można było przewidzieć, była bardziej zainteresowana chlupiącą o burtę łódki wodą niż pingwinami :-). My za to zachwycaliśmy się dziesiątkami tych zwierząt zalegających na skałach, w sąsiedztwie równie licznych gatunków ptaków. Tym razem wszyscy mieliśmy okazję pierwszy raz oglądać pingwiny w ich naturalnym środowisku. Wycieczka trwała około 20 min. Nam spokojnie to wystarczyło, zważywszy na przeraźliwie zimny wiatr.
Zatokę opuściliśmy około godziny 18. Zamierzaliśmy dotrzeć jeszcze tego dnia do Castro, miasta położonego mniej więcej pośrodku wyspy. Chiloe słynie z jeszcze jednej atrakcji – niewielkich drewnianych kościołów rozsianych na całej wyspie. Po drodze do Castro zamierzaliśmy zobaczyć jeden z nich, położony w miejscowości Tenaun. Wydawało się, że już wcześniej mieliśmy niesamowite widoki, ale dopiero zachodzące ukazało cała magię. Mieliśmy też sporo czasu na podziwianie widoków, ponieważ droga do Tenaun to prawdziwa tarka, która ciągnie się przez jakieś 30 km. Mariannie nie było trzeba wiele, by  w trzęsącym się non stop aucie spać niemal non stop :-). Tenuan to mała wioska rybacka nad zatoką Ancud, ale za to jaka wioska! Ja nazwałem ją końcem świata – magiczna, mistyczna, uśpiona, a w samym środku niebieski, drewniany kościółek. Wszystko to wyglądało tak, jakbyśmy znaleźli się w bajce. Najlepsze jest też to, że byliśmy tam kompletnie sami. Już nawet wizja przebycia ponownie tych 30 km w trzęsącej się do granic swoich możliwości Kii nie była nam straszna
:-).
Do Castro zajechaliśmy około 22:30. Nie mieliśmy noclegu. To, co radził przewodnik było, bez wcześniejszej rezerwacji, kompletnie nieosiągalne lub cena była nieadekwatna do standardu. Proponowali nam pokój bez okna z łazienką na korytarzu za 35000 CLP ~ 210 zł. Ostatecznie trafiliśmy do hostelu Cordillera, który może nie był najwyższych lotów, ale miał prywatny parking, co, patrząc na okolicę było koniecznością. Najważniejsze też, że pokój nie był drogi (25000 ~ 150 zł), miał łazienkę, a w cenie było śniadanie.
Dzień 11
Castro za dnia wygląda równie źle, jak i w nocy. Jedyną atrakcją miasta są domy na palach, położone na nabrzeżu – palafitos. Podobno najlepiej ogląda się je z poziomu łodzi. Zeszliśmy na nabrzeże, na którym znajdował się także ogromny, zaskakujący różnorodnością, targ rybny. Sprzedawcy mieli na swoich straganach głównie owoce morza i ryby we wszelkiej postaci (świeże, suszone, marynowane, w occie, w różnego rodzaju zalewach), ale nie zabrakło też owoców, warzyw, suszonych długaśnych alg oraz różnych pamiątek (wełnianych skarpet, swetrów, filcowych korali, drewnianych zabawek i in.), które były rozłożone pomiędzy rybami. Wszystko to wyglądało dosyć niezwykle.
Nie trzeba było dużo czasu, żeby zainteresował się nami człowiek „wyłapywacz”, czyli osoba proponująca różnego rodzaju atrakcje turystyczne. Z początku chcieliśmy uciekać z Castro jak najszybciej, ale stwierdziliśmy, że damy temu miastu jeszcze jedną szansę – płyniemy za 3000 CLP ~ 24 zł od osoby, zobaczyć palafitos.
Zaraz po odbiciu od przystani zobaczyliśmy krążące blisko brzegu foki :-). Jeden z rybaków zaczął minutę wcześniej wyrzucać pozostałości po patroszeniu ryb, stąd to nagłe zbiorowisko. Humor nam się poprawił, a i Marianna miała okazję kolejny raz przepłynąć się łódką. Obowiązkowo, ale i z uśmiechem na ustach, opowiadaliśmy pozostałym uczestnikom wycieczki ile to Mania ma miesięcy, gdzie już byliśmy w Chile, gdzie jedziemy, a że w Polsce to śnieg i zima, a że Polska to nie Rosja i nie, nasze języki nie są podobne itd. Ogólnie obecność Marianki zdecydowanie szybciej pozwala przełamywać lody i nawiązywać kontakty z innymi, co już podczas wcześniejszych naszych podróży zauważyliśmy. Same palafitos zeszły trochę na drugi plan :-).
Nasuwa się nam jednak pewna rekomendacja, jeśli musicie nocować w Castro, to zobaczcie palafitos, jeśli nie, jedźcie dalej :-). Wybiegniemy trochę przed szereg i napiszemy, że miasta na Chiloe są okropne i należy je omijać jak tylko można. Dlatego też po fakcie bardzo się cieszyliśmy, że mieliśmy auto i nie musieliśmy traktować żadnego z miast jako bazy wypadowej dla organizowanych wycieczek.
Z Castro ruszyliśmy z powrotem na północ, po drodze jednak zbaczając do miejscowości Chepu. Droga do niej jest podobnej jakości jak ta do Tenaun :-). Nie sama miejscowość jest jednak atrakcją, ale martwy las znajdujący się w okolicy. Po tym jak w latach 60-tych XX wieku wdarła się na wyspę słona woda z tsunami wywołanego trzęsieniem ziemi, większość roślinności obumarła. Do tej pory widać ogromną połać uschniętych konarów drzew. Nie udało się nam niestety podjechać bliżej lasu, a zaproponowana przez miejscowych wycieczka łodzią w to miejsce za jedyne 20000 CLP ~ 120 zł od osoby skutecznie nas odstraszyła.
Jeśli już jest się na Chiloe, nie można nie spróbować pewnego specjalnego, lokalnego dania – curanto. Oryginalnie jest to mieszanka owoców morza, kurczaka, wieprzowiny i kiełbas serwowana z ziemniakami pod trzema postaciami, a przygotowywana w wykopanym w ziemi dole, w którym układa się rozgrzane kamienie a na nich wszystkie wyżej wymienione składniki. Wszystko to się zasypuje, czeka kilka godzin i uprzednio odkopane, serwuje. Lonely Planet poleca w Ancud jedną knajpkę, gdzie serwują tę potrawę – Kuranton. Niestety, najprawdopodobniej opinia jaką wystawił Lonely Planet (chcemy w to wierzyć) mocno się zdewaluowała przez dwa lata jakie minęły od momentu publikacji przewodnika, ponieważ restauracja ta serwuje odgrzewane jedzenie :-(. Chyba najgorsze, dotychczas podane nam jedzenie zjedliśmy właśnie w Ancud.
Tym oto mało przyjemnym akcentem pożegnaliśmy się z Chiloe. Jednak w naszych głowach pozostaną całkowicie inne obrazy. Obrazy wyspy przepięknej, magicznej, pełnej kolorów i diametralnie innej niż reszta Chile. Dlatego też jeśli macie zamiar odwiedzić kiedyś Chile, nie zapomnijcie o Chiloe.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.