Iquique

by Mario
Dzień 14
Szalony plan, tak można nazwać nasz pomysł. Dobę wcześniej ruszyliśmy z Puerto Montt. 15 godzin później, po przesiadce na samolot w Calamie, mieliśmy znaleźć się w San Pedro de Atacama (SPdA). Jednak… wcale tam nie dotarliśmy! Co zatem poszło „nie tak”?!
Otóż pewnego wieczoru, jeszcze przed wylotem do Chile, zdzwoniliśmy się z parą (Gdzie są Kasperki), która również podróżuje z dzieckiem, i która właśnie wróciła z Chile. Opowiedzieli, co widzieli i gdzie byli. Wspomnieli też, że byli w Iquique, a tam latali na paralotni. Nie trzeba było dużo, żeby Karola podchwyciła ten pomysł, który wtedy wydawał się nierealny z wielu powodów – głównie finansowych i czasowych. Co jednak było nierealne, wcale nie okazało się niewykonalne :-).
Mieliśmy już zarezerwowany nocleg w SPdA (Airbnb), wiedzieliśmy już, że część z tego noclegu przypadnie. Przez całą drogę z Puerto Montt do Calamy zastanawialiśmy się jak to wszystko zgrać, żeby stracić jak najmniej czasu i nie wydać fortuny. Ostatecznie zapadła decyzja, że jedziemy do Iquique zaraz po przylocie do Calamy, a w SPdA będziemy dzień później niż planowaliśmy. W autobusie zaczęliśmy wysyłać prośby o nocleg z couchsurfingu, licząc, że uda nam się coś znaleźć.
Taki jednak plan zakładał spędzenie mniej więcej 20 godzin w różnego rodzaju środkach transportu. Czy damy radę? I co ważniejsze, czy Marianna da radę?
W Calamie wypożyczyliśmy auto. Za wynajem na 5 dni zapłaciliśmy ostatecznie 330$, co jest rozsądną ceną jak za Citroena C3 i jak na standardy chilijskie. Podobnie jak poprzednia Kia, to auto również nie okazało się demonem osiągów, ale było o niebo wygodniejsze, a koła nie wyglądały jak od wózka Marianki.
Ruszyliśmy w 350-kilometrową podróż na północ Chile. Droga z początku jest lekko przerażająca: pustka, nicość i poczucie totalnej bezradności gdyby cokolwiek się stało. Jest też bardzo monotonna, bo i czego się można było spodziewać po pustyni? 🙂 Jak tylko udało nam się złapać zasięg, sprawdzaliśmy skrzynkę e-mailową, czy może ktoś zdecydował się nas przygarnąć. Dopiero jakieś 150 km przed Iqq zadzwonił telefon (podaliśmy nasz numer w zapytaniach). Jako takim angielskim nasz przyszły gospodarz przekazał nam, że zaprasza nas do siebie, a adres wyśle na WhatsApp (w Chile wszyscy, od najmłodszych po najstarszych używają tej aplikacji do rozmów). Ulżyło nam, że nie będziemy zmuszeni do krążenia po Iqq w poszukiwaniu noclegu.
Jednak zanim dotarliśmy do Iqq, przez około 100 km szukaliśmy stacji benzynowej – C3 dostaliśmy z połową baku. Po drodze do Iqq jest jedna stacja, zatem jeśli będziecie brać auto i nie chcecie jechać z myślą, że zatrzymacie się pośrodku niczego, a w promieniu 100 km nie będzie żywej duszy, zatankujcie auto przy lotnisku :-).
Ignacio, bo tak miał na imię nasz gospodarz, okazał się być supermiłym i uczynnym człowiekiem. Nie dość, że mogliśmy zaparkować auto na zamkniętym osiedlu, to jeszcze zawiózł nas swoim samochodem do supermarketu (pieluchy dla małej), a później na kolację. Tam też poznaliśmy jego dziewczynę Andreę. Z perspektywy czasu wydaje się, że była to najlepsza i najbardziej klimatyczna restauracja, w jakiej przyszło nam jeść w Chile. Mania koło godziny 21.00 zademonstrowała swoje niezadowolenie i zmęczenie donośnym płaczem. Jednak byliśmy z niej tego dnia strasznie dumni, że wytrzymała tak dzielnie cała  podróż u mamy na rękach (nie dodaliśmy, że nie udało nam się wypożyczyć auta z fotelikiem dla dziecka :-().
Szybko wróciliśmy do mieszkania Ignacio. Mania zasnęła w 5 minut, a do nas dopiero wtedy dotarło jaką szaloną rzecz mamy jutro zrobić. I nie chodzi nam tu wcale o paralotniarstwo :-).  
Dzień 15
To ten dzień. Dzisiaj pierwszy raz w życiu będziemy latać na paralotni w tandemie. Szalone pomysły są najlepsze :-). Początkowo umówiliśmy się z Danielem (instruktorem ze szkoły Pure Vuelo), że Karola leci rano, a ja lecę w rzucie popołudniowym. Jednak dzień wcześniej wydarzyło się coś, co zmieniło nasze plany. Ignacio z Andreą zaproponowali, że przez te 1,5h zaopiekują się Manią i będą czekać na nas na plaży, w miejscu, w którym mieliśmy wylądować. W zasadzie nawet nie przyszedł nam wcześniej do głowy taki pomysł. Wbrew naszemu zdrowemu rozsądkowi, ale zgodnie z intuicją czy jakimś szóstym zmysłem, zgodziliśmy się :-). Jeszcze później długo w nocy dyskutowaliśmy, czy to dobry pomysł i czy nasi gospodarze nie są potencjalnymi porywaczami dzieci, czy można im zaufać, czy nasze przeczucia nas nie mylą. Ale pewnie sami wiecie, że czasem po prostu wyczuwa się w drugim człowieku tę dobrą energię, coś takiego, co sprawia, że ma się tę pewność, że będzie dobrze i nic złego się nie przydarzy. Tak było i tym razem.
Marianna została na plaży, a my pojechaliśmy na wzgórza. Miny raczej mieliśmy nietęgie. Takie rozstania z Manią po blisko dwóch tygodniach przebywania non stop razem są naprawdę trudne. Dodatkowo, co tu dużo mówić, po prostu stresowaliśmy się całą sytuacją.
Kiedy stanęliśmy na wzgórzu, a pod stopami, 500 metrów niżej, rozciągało się Iquique i Ocean Spokojny, nogi lekko się pod nami ugięły :-). Zdaliśmy sobie sprawę, że za kilkanaście minut wzniesiemy się jeszcze wyżej, i że to rzeczywiście, serio serio, dzieje się naprawdę :-).
Na twarzach innych ludzi, którzy tak jak my, postanowili przeżyć przygodę życia, malowały się chyba podobne emocje. Jedni żartowali, inni nerwowo chodzili w tę i z powrotem po wzgórzu, jeszcze inni trzymali się na uboczu. Sposobów na poradzenie sobie ze stresem było zapewne jeszcze więcej :-). My skupiliśmy się na wypytywaniu naszego instruktora o szczegóły lotu, pisaniu na WhatsAppie z Ignacio w sprawie Mani i robieniu sobie zdjęć.
Na skok musieliśmy jednak poczekać trochę dłużej – tego dnia pogoda nie była dla paralotniarzy zbyt łaskawa – nie wiało. Mimo tego, kilka mniej doświadczonych osób próbowało skoczyć (ku uciesze tych bardziej doświadczonych, w tym naszych instruktorów), jednak opadali na wydmy tak szybko, jak szybko wystartowali ze wzgórza.
Wreszcie, po mniej więcej godzinie czekania, zaczęło wiać. Daniel, mój instruktor, zdecydował, że próbujemy jako pierwsi z naszego teamu. Tego dnia byłam najlżejszą osobą w tandemach, wiec potencjalnie można było wznieść się ze mną najwyżej. (przypis Mario: ja byłem chyba najcięższy :-). Moj instruktor jak się dowiedział ile ważę odpowiedział takimi oto słowami: „we realy need a good start…..and luck” 🙂 )  Emocje, które towarzyszyły startowi były już bardziej ”namacalne” niż wielka niewiadoma przed – trzeba było po prostu podążać za instrukcjami trenera i robić dokładnie to, o co prosi.
Założenie uprzęży, krótki rozbieg w stronę klifu i….. jupi!!! Lecimy! :-). Fantastycznie, niesamowicie, prze-prze-pięknie, najlepiej, wow, to tylko kilka z określeń, które przychodziły nam w tamtej chwili do głowy :-). Można to porównać do pływania, do swobodnego poruszania się w przestrzeni bez żadnych ograniczeń, barier, przeszkód. Takie poczucie, choć wiemy, że brzmi to pewnie strasznie banalnie, totalnej wolności i sprawczości, że można wszystko, że tylko trzeba chcieć, itd. No i te widoki, że zapiera dech, tak naprawdę zapiera, że się nie wie, co powiedzieć i siedzi się z otwartym dziobem i patrzy, i podziwia, i się zachwyca światem. Po prostu piękna sprawa.
Zapytanie pewnie, no dobrze, wy i wasze zachwyty. Ale co z Marianką? :-). Mania, jak się okazało, większość naszych podniebnych lotów przespała na rękach Ignacio :-). Były spacery, było też 15-minutowe małe marudzenie, zabawy bombką z choinki miejskiej i okularami przeciwsłonecznymi. Opiekunowie Mani zgodnie przyznali, że mogliby mieć tak bezproblemowe dziecko jak Mania. My natomiast cieszyliśmy się, że nasza córka małymi krokami zaczyna samodzielnie poznawać świat. 

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.