„Pewnie dużo wydaliście!”

by Mario
Jak już kilka razy wcześniej pisaliśmy, nasz wyjazd do Chile był dość spontaniczny – po prostu postanowiliśmy skorzystać z błędu w systemie rezerwacyjnym Iberii. Za bilety zapłaciliśmy około 2400 zł w obie strony za dwie osoby. Sami/same przyznacie, że to niewiele, jak za ponad 12 tys. km.
Ok, bilety kupione, ale pierwsza myśl, co tam można robić i zobaczyć :-)?! No i pytanie kluczowe – czy jest drogo? Nasi znajomi, opowiadając o swojej podróży do Wenezueli, ostrzegali nas, że Ameryka Południowa do najtańszych nie należy. Dlatego też tuż po zakupie biletów zaczęliśmy szukać informacji o cenach jedzenia, noclegów, transportu, itd. No właśnie, to jak było w tym Chile, drogo czy tanio? I ile faktycznie wydaliśmy?
Ciężko jest jednoznacznie odpowiedzieć na pierwsze pytanie, ponieważ zależy to głownie od tego, czego się oczekuje od wakacji; czy wystarczy nam hostel, czy musimy mieć łazienkę w pokoju, czy jemy w barach czy w restauracjach, czy jeździmy taksówkami czy komunikacją miejską. Można tak wymienić i wymieniać. Oczywiście powiecie, że większość ludzi wolałaby nocować w hotelu 4**** niż w hostelu w pokoju ośmioosobowym. Nie każdego jednak stać na taki hotel, a są też tacy, którzy wymienią więcej zalet noclegu w hostelu niż w hotelu. 
Tak się nam życie ułożyło, że nie posiadamy własnej drukarni banknotów :-).  Dlatego też nie mieliśmy takiego dylematu :-). Dla nas podróżowanie, szczególnie z dzieckiem, to jednak ciągła próba osiągnięcia pewnych kompromisów. My, zamiast wydać pieniądze na hotel, wolimy wydać je np. na nurkowanie, albo na coś fajnego do domu (Karo :-)).
Chyba się już domyślacie, jak wyglądało nasze podróżowanie po Chile. Z założenia podróż miała być niskobudżetowa, wręcz backpackerska. Okazało się jednak, że pojęcie „niskobudżetowości” zostało lekko zrewidowane przez rzeczywistość :-).
Jedzenie
Najwięcej pieniędzy pochłonęło nam jedzenie. Koszt obiadu dla 2 osób w restauracji to minimum 120 zł, choć przeważnie płaciliśmy ok. 140-160 zł. Dodajmy, że nie jadaliśmy w specjalnie wykwintnych restauracjach – raczej takich wyglądających na średnią półkę. Staraliśmy się też zawsze pytać miejscowych o radę (w myśl chilijskiego powiedzenia „3B”: bueno, bonito, barato, czyli dobrze, ładnie, tanio :-)) albo podpatrywaliśmy, gdzie jada więcej Chilijczyków niż turystów. Jedzenie po prostu w Chile jest drogie – jedno wyjście do supermarketu po dwa mango, płatki, jogurty i kilka bułek zakończyło się rachunkiem na 60 zł.
Wysokie ceny żywności są skutkiem ograniczonych możliwości importu. Obawy Chilijczyków przed chorobami i zarazami są na tyle duże, że na lotnisku, gdy już się odbierze nadany bagaż, przechodzi się raz jeszcze kontrolę na obecność produktów spożywczych. Ewentualne niezgodności z wcześniejszą deklaracją (na pokładzie samolotu trzeba wypełnić ankietę) skutkują surową karą.
Noclegi
Z 23 noclegów, jakie mieliśmy w Chile, zapłaciliśmy jedynie za 10. Nie oznacza to, że w pozostałych 13 przypadkach uciekaliśmy z hostelu :-). Po prostu korzystaliśmy z couchsurfingu. Bardzo, bardzo polecamy tę formę noclegu. Nie tylko dlatego, że jest to bezpłatne, ale przede wszystkim dlatego, że ma się możliwość zobaczenia danego państwa trochę „od kuchni”, poznania superciekawych ludzi, wymiany doświadczeń, itd.
Problem z noclegami w hostelach lub pokojach typu B&B / Air BnB w Chile jest taki, że przeciętny Europejczyk za kwotę jaką musi zapłacić, oczekuje dużo więcej niż de facto dostaje. Najtańszy nocleg w San Pedro de Atacama to koszt około 40$ za pokój z łóżkiem i łazienką na korytarzu. Można też trafić gorzej (chociaż to zależy znowu od punktu widzenia) do hostelu, w którym trwa nieustająca impreza, a muzyka jest wyłączana o 3 rano. Warto pamiętać również, że ceny w szczycie sezonu są wyższe o jakieś 50%. Za pokój w Pucon zapłaciliśmy około 50$ za noc (również łazienka na korytarzu), ale gdybyśmy przyjechali tam dwa dni później, musielibyśmy zostawić już 20$ więcej. Przy takiej liczbie noclegów, jaką planowaliśmy w Chile, kwota tych drobnych różnic robi się znacząca. 
Transport
Ceny za przemieszczanie się w Chile, czy to taksówką, czy też komunikacją miejską, międzymiastową są podobne do tych w Polsce. Za taksówkę do Quintay z Valparaiso (40 min jazdy) zapłaciliśmy około 48 zł. Ceny autobusów między dużymi miastami również są zbliżone do tych w Polsce. Za bilet z Puerto Montt do Santiago (1100 km!) zapłaciliśmy 110 zł od osoby. O standardzie autobusów już wspominaliśmy w naszej relacji (bardzo wysoki standard, można się miło zaskoczyć :-)).
Komunikacja miejska to jest coś, co pozostanie długo w naszej pamięci. W miejscach, które odwiedziliśmy w zasadzie tylko w Santiago komunikacja przypominała tę europejską zarówno standardem i cenami (jednorazowy bilet na metro to koszt około 4 zł). W pozostałych miejscowościach funkcjonuje w żaden sposób nieuregulowany transport prywatny microbusów, tzn. przystanek jest tam, gdzie stoi albo gdzie chce wysiąść pasażer. Trzeba zatem wiedzieć dokładnie gdzie się chce jechać i w zasadzie mniej więcej wiedzieć jak wygląda miejsce docelowe. Opłata za przejazd microbusem jest zależna od miejsca docelowego, a w zasadzie obszaru, na którym znajduje się przystanek. Najtańszy przejazd, jaki mieliśmy to koszt około 3 zł od osoby, a najdroższy to 15 zł. Za Manię nie trzeba było płacić. Dla rodziców z dwójką dzieci były informacje, że dorosły plus dwoje dzieci to koszt dwóch biletów.
Gdy się zwiedza Chile, w niektórych miejscach przydaje się samochód (szczególnie na Południu). Przez długi czas rozważaliśmy wypożyczenie go na całą naszą podróż. Od razu możemy napisać, że odradzamy takie rozwiązanie. Pokonywanie odcinków z Santiago czy to na południe czy na północ pochłonie bardzo dużo pieniędzy, czasu i sił. Warto jednak wypożyczyć auto np. w Puerto Montt czy Calamie.
My skusiliśmy się dwa razy na własne cztery kółka. Pierwszy raz w Puerto Montt (około 300 zł za dwa dni za najniższej klasy auto). Pojechaliśmy naszą Kią na wyspę Chiloe. Dość dużym zaskoczeniem, niemiłym, jest cena za prom na wyspę 60 zł w jedną stronę. Drugi raz wypożyczyliśmy auto w Calamie (900 zł za 5 dni, auto klasy B). Do tego doszły nam jeszcze koszty paliwa około 600 zł za przejechanie ponad 1400 km.
Zwiedzanie
Nasze najdroższe przyjemności, na jakie sobie pozwoliliśmy, to nurkowanie i paralotnia – każde ok. 300 zł od osoby. Poza tym, większość atrakcji ma raczej umiarkowane ceny – oczywiście, jeśli zwiedzamy, oglądamy, robimy coś na własną rękę. Jeśli korzystamy z pośrednictwa agencji turystycznej, koszty wzrastają.  Najwięcej takich agencji jest na pustyni, w San Pedro de Atacama, ale w zasadzie można je spotkać wszędzie. Przykładowa cena za 8h wycieczkę na gejzery El Tatio to koszt ok 120 zł od osoby i trzeba powiedzieć, że jest to jedna z tańszych atrakcji. Niektóre przekraczają kwotę 200 zł.
Podsumowując, w czasie 23 dni w Chile wydaliśmy około 13 tys. zł plus bilet ok 2400 zł. Do naszych kosztów doliczamy również przelot samolotem na odcinku z Santiago do Calamy, który kupiliśmy miesiąc wcześniej, jak się okazało w bardzo atrakcyjnej cenie 990 zł za dwie osoby w dwie strony (standardowa cena to 1700 zł).
Czy to oznacza, że Chile jest drogie? Hmm…, odpowiemy trochę przewrotnie. Wydaje nam się, że jest tańsze niż każde zachodnioeuropejskie państwo. Z kolei to, co można tam zobaczyć/przeżyć/poczuć, jest nieporównywalne z tym, czego można doświadczyć w Europie Zachodniej.

3 komentarze

Monika D Wrzesień 6, 2017 - 15:46

Szczerze mówiąc, to rachunek w knajpie we Wrocławiu za obiad dla rodziny to też koło 120-150zł, więc jedzenie za granicą to często podobna cena jak na miejscu – którą niektóry i tak by wydali w swoim mieście (zwłaszcza fani jadania w restauracjach). W wypasionych miastach zachodniej Europy ciężko byłoby zmieścić się w budżecie 13tys na ponad trzy tygodnie, więc rzeczywiście przychylę się do Waszej przewrotnej odpowiedzi w podsumowaniu 🙂

Reply
krzysztof Styczeń 8, 2015 - 22:02

Też skorzystalismy z tej oferty. Z większością info się zgadzam, lecz trochę przesadziłeś z cenami jedzenia, no aż tak drogo to nie było. Np w San pedro mogłeś w dobrej knajpie zjeść stek wołowy a la pobre tj z frytkami i dwoma sadzonymi jajami wraz z np piwem za 7000 peso tj około 38 zł, a było to jedno z najdroższych dań. Może w Santiago było drożej, ale i tu ceny nie powalały. No i te wszechobecne empanady, ktore były tanią alternatywą dla knajp. W sklepach ceny oczywiście wyższe szczególnie wędliny i sery nawet po 9-14 tys peso za średniej jakości tzw jamon ( bez porównania do hiszpańskiego)
Pozdrawiam

Reply
Mario Styczeń 9, 2015 - 12:18

Masz trochę racji, że dało się znaleźć coś taniego. Ja pamiętam w San Pedro że to samo danie kosztowało w granicach 8-10 tys. peso. Dolicz do tego jakieś 5 tys. za napoje. I to przy jednym daniu. Generalnie nie udało nam się zapłacić mniej (w restauracji) niż 17 tys. peso co, tak na oko, daje jakieś 90 zł.

Reply

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.