Saltos del Petrohue

by Mario
Dzień 13
To ten dzień, ostatni dzień na południu. Koniec z zieloną naturą, ośnieżonymi wulkanami, lasami, trekkingiem, czy jeziorami :-(. O godzinie 21 musieliśmy być na dworcu, skąd mieliśmy wyruszyć w 12-godzinną, nocną podróż do Santiago (polecamy firmę przewozową ETM, ich autobusy to niemal promy kosmiczne za cenę kubła na śmieci Pullmanbusa :-)), a stamtąd na północ Chile, do najsuchszego miejsca na świecie – pustyni Atacama.
Przedtem jednak chcieliśmy pojechać do miejsca, którego pierwszego dnia nie udało nam się zobaczyć. Jakieś 6 km przed Petrohue znajdują się wodospady – Saltos del Petrohue, a w zasadzie to jest to rwący nurt rzeki Petrohue, która płynie w korycie utworzonym przez zastygłą lawę.
Momentami prąd jest tak silny, że nie widać wody, a jedynie ogromną ilość piany. Dodatkowo wszystkiemu towarzyszy huk rozbijającej się o skały wody. Wszystko to robiło niesamowite wrażenie, mącone jednak przez rzesze turystów odwiedzających to miejsce (takich jak my 🙂 ). Jednak tym, co nas zaskoczyło najbardziej, był budynek przed wejściem do parku – ogromny nowoczesny kompleks, który jakoś nam nie pasował do otoczenia, ani do tego co zwykliśmy spotykać podczas naszej podróży. Prawdziwe centrum dowodzenia wszechświatem :-).
Okazało się, że okolicę wodospadów można przejść w jakieś 30 min. Oczekiwaliśmy trochę więcej zważywszy, że sama droga do Petrohue zajmuje ponad godzinę w jedną stronę. Wróciliśmy nieoczekiwanie szybko do  Puerto Varas, gdzie akurat odbywał się Targ Bożonarodzeniowy 🙂 i festiwal food trucków „Trans Patagonia”. Wykorzystaliśmy okazję i zaopatrzyliśmy się w pamiątki z Chile oraz zjedliśmy obiad na plaży.
Z brzuchami pełnymi meksykańskiego burrito i ze smutkiem na twarzy opuściliśmy Południe. Niczym kapitan James T. Kirk ze Star Treka wyruszyliśmy naszym chilijskim promem kosmicznym w nieznane.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.