Santiago

by Mario
Dzień 1
No i dolecieli. Pierwszy raz w Ameryce Południowej, pierwszy raz tak długa podróż z Marianką. Warto zacząć od naszych dylematów lotniczych :-). Zamówiliśmy w Iberii tzw. kołyskę (sky coat, baby bassinet) dla Mani, tak żeby całą podróż z Madrytu do Santiago nie trzymać jej na kolanach. Mieliśmy jednak kłopot z rezerwacją miejsc obok siebie, ponieważ Iberia wymaga dopłaty do miejsc 30€, jeśli się chce siedzieć obok siebie. Postanowiliśmy jednak iść na żywioł i nie płacić. Stwierdziliśmy, że na pewno przy checkinie dadzą nam odpowiednie miejsca. W Berlinie jednak powiedziano nam, że wszystko zostało już zarezerwowane. Perspektywa spędzenia oddzielnie 13 godzin w samolocie nie była tym, na co czekaliśmy.
Dolecieliśmy do Madrytu, skąd mieliśmy 40 min na przesiadkę (trzeba przejechać pociągiem na inny terminal). Lotnisko jest dobrze oznaczone, ale czasami oznaczenia są mylące, np. strzałka w dół oznacza idź do przodu a nie zjedź/zejdź schodami. Pani przy odprawie była bardzo wyrozumiała, okazało się też, że miejsca obok siebie są dostępne – nie wiadomo dlaczego w Berlinie wydawało się inaczej. Zadowoleni wsiedliśmy na pokład. 13 godzin później wylądowaliśmy w Santiago. Mania nie zapłakała ani razu. Nie dała jednak i tak spać ludziom obok, ponieważ po jakiś 2h przywykła do otoczenia i zaczęła swoje rozmowy (wesołe głośne popiskiwania, gulgotanie i gaworzenie) ze wszystkim dookoła – a to z kołyską, a to ze stewardessą, zabawką, etc. Wylądowaliśmy w Santiago około 21:40 lokalnego czasu (+4h różnicy z Polską).
Po wyjściu z lotniska zaczęliśmy szukać sposobu na dostanie się do centrum miasta, gdzie mieliśmy zaplanowany pierwszy nocleg. Nie zdążyliśmy się nawet rozejrzeć, kiedy podszedł do nas chłopak z plakietką pracownika lotniska, pytając czy nie potrzebujemy pomocy. Pomógł nam szybko odnaleźć kantor (złodziejski kurs!!!) i wskazał drogę do właśnie odjeżdżającego do centrum Santiago autobusu. Zaraz za nami weszło do niego chyba z 30 innych osób, które właśnie skończyło pracę na lotnisku. W tym momencie okazało się, w jaki sposób różni się podróżowanie z niemowlakiem od podróżowania z kimkolwiek innym. Jak tylko weszliśmy do autobusu, Mania postanowiła zaznaczyć swoją obecność na terytorium Chile – jej pieluszka wymagała natychmiastowej zmiany :-). Tak więc pierwsze przewijanie  Mańki odbyło się w zapchanym po brzegi busie. Miny pasażerów – bezcenne :-).
Szczęśliwie okazało się, że autobus jedzie do stacji metra Los Heroes, 15 minut pieszo od domu naszej coachsurferki, Pauli, o czym dowiedzieliśmy się od pomocnych pasażerek, które wysiadały na tym samym przystanku. Podróż zajęła nam ok. 30 min.  Po przejściu  20 minut znaleźliśmy się w mieszkaniu Pauli, u której nocowała już para z Francji i dziewczyna z Meksyku. Mieszkał tam też kot :-). Wreszcie, po 22 godzinach podróży, znaleźliśmy się w łóżkach (w zasadzie my z Manią w łóżku, a Mario na podłodze obok).
Dzień 2
Z samego rana wybrałem się po zakupy na śniadanie. Naszej gospodyni już nie było, Francuzi też się zbierali. Trzeba im przyznać, że nie wykazywali oznak większego zmartwienia o poranną higienę, wieczorną w sumie też. Zostaliśmy z Meksykanką – Cristiną, z którą spędziliśmy cały dzień. Zakupy zrobione w supermarkecie (płatki, ser, szynka, jogurt, mango, borówki, awokado, bułki – na wagę!) zapłaciłem ponad 30000 CLP (dla ułatwienia 30000/1000*2 = 60$, choć to odrobinę mniej, ale mniejsza o to).
Pierwszym punktem naszego zwiedzania miasta było przeniesienie naszych bagaży od Pauli do Jose, naszego kolejnego gospodarza. Wszystko się super zgrało, bo Jose mieszka ulicę dalej. Wyszedł z nami i pokazał nam dokładnie, gdzie jest pierwszy punkt naszej „wycieczki” – wzgórze Santa Lucia i okalający je park. Na samym szczycie jest Torre Mirador, z którego roztacza się widok na Santiago. Tu też pierwszy raz okazało się, jak dużym błędem byłoby zabranie ze sobą wózka dla Marianny – masa wysokich, wąskich schodów. Jedna ciekawostka: codziennie o 12:00 ze wzgórza jest oddawany strzał z armaty. My o tym nie wiedzieliśmy i akurat byliśmy prawie na szczycie. Możecie sobie wyobrazić jaki to potężny jest huk :-). Zeszliśmy ze szczytu drugą stroną, dzięki czemu znaleźliśmy się krok od Barrio Bellavista – dzielnicy rozrywkowej. Zanim skierowaliśmy swoje kroki w stronę kolejnej atrakcji Santiago – wzgórza San Cristobal, zahaczyliśmy o kantor. I tu kolejna ważna informacja: w Ameryce Południowej niezwykle trudno jest wymienić dolary z jakimiś dodatkowymi oznaczeniami – pieczątkami, podpisami, datami itd. – my już trafiliśmy na dwa takie banknoty.  
Przez park Forestal dostaliśmy się nad nabrzeże – górnolotne sformułowanie – rzeki Mapocho, wzdłuż którego trzeba iść, żeby się dostać do stacji metra Baquedano, skąd już jest tylko rzut kamieniem do wzgórza. Rzeka Mapocho (z powodu budowy tamy w górach) jest niemal wyschnięta, a to, co płynie przypomina błotnistą maź. Chilijczycy na każdym kroku wspominają zresztą, że ich kraj jest niszczony przez bezmyślne inwestycje. Jest też w tym wspominaniu pewna złośliwość, bo większość tam, elektrowni, gazowni należy do Hiszpanów, a sami Chilijczycy mówią, że po raz drugi Hiszpanie próbują ich podbić. Po drodze szybka przebiórka Mani na trawie i jej pierwsze w życiu spotkanie z koniem, nie byle jakim, bo policyjnym :-). 
Dotarliśmy do San Cristobal. Okazało się, że z racji tego, że jest poniedziałek, a na domiar złego jeszcze pierwszy poniedziałek miesiąca, to kolejka na szczyt nie działa. Jeżdżą za to busy. Kupiliśmy bilet w jedną stronę, tak by drogę powrotną przebyć pieszo. Na wzgórze warto wjechać, choćby dla samego widoku – położone w dolinie Santiago naprawdę robi wrażenie. Schodząc z góry zatrzymaliśmy się po wodę. Ktoś przed nami kupował dość dziwny napój. Chwilę później sami z tym desero-napojem siedzieliśmy przy stoliku. To było Monte con Huesillos. Jest to tradycyjny napój Chilijczyków, w skład którego wchodzi strasznie słodki i zimny syrop brzoskwiniowy, brzoskwinie i gotowane nasiona pszenicy. Smak jedyny w swoim rodzaju :-).
Na dole znaleźliśmy się około 16:00. Sprawdziłem w przewodniku, jak się później okazało niezbyt dokładnie, że centralny targ rybny (Marcado Central) jest czynny do 18:00. Ze wzgórza polecam wziąć metro (można kupić pojedynczy bilet, w zależności od pory dnia są różne ceny – 650 CLP), bo jest to naprawdę spory kawałek. Metro to kolejna przeszkoda dla rodziców z wózkiem. Nie wszystkie stacje mają windy, a jeśli już mają, to dość ciężko je znaleźć. Jeśli dodamy do tego spore zatłoczenie i nie zawsze stojącego strażnika przy wejściu dla wózków, to wózek dla małego dziecka okazuje się być większą przeszkodą niż pomocą (wtedy po raz kolejny cieszyliśmy się, że mamy nosidło :-)).. Targ czynny był, jak się okazało do 17:00 :-(. Jedyne co nam się udało zobaczyć, to zamknięte wejścia. W okolicach targu spotkała mnie też dość zaskakująca sytuacja. Młoda dziewczyna podeszła do mnie i kazała mi złapać w rękę aparat i trzymać go przed sobą. To, co można przeczytać w przewodniku o kradzieżach, znajduje swoje potwierdzenie w rzeczywistości. Wytłumaczyłem Pani, że aparat jest przypięty i że trzymam pasek, ta się jednak uparła, żebym złapał dłonią aparat i zdjął pasek z ramienia. Tak też zrobiłem.
Niestety z racji poniedziałku nie udało nam się w Santiago wejść do żadnego muzeum, a żałujemy bardzo, szczególnie Muzeum Pamięci i Praw Człowieka.
Dopadało nas już zmęczenie i głód. Postanowiliśmy coś zjeść, a byliśmy w okolicy głównego placu Santiago  – Plaza de Armas, więc o knajpki nietrudno. Lonely Planet poleca kilka. Nasz wybór padł na Bar Nacional. Wystrój jak z minionego wieku, kelnerzy również, ale nie to jest najważniejsze. Jedzenie było super. Nie wiem, czy to z głodu mi tak smakowało Lomo a la Pobre (w wolnym tłumaczeniu, stek z jajkami sadzonymi podawany z frytkami i smażoną cebulą). Karola zamówiła sobie kurczaka w warzywach. Oba dania zaspokoiły nasz apetyt. Mania również była zadowolona, siedząc między nami na normalnym krześle (w ogóle nie spotkaliśmy krzesełek dla dziecka w Santiago), zajadała bułkę i gaworzyła sobie z nami. Nam również udało się spróbować pisco, tradycyjnego napoju alkoholowego (35%), który jest robiony z winogron. Rachunek był spory – za dwoje zapłaciliśmy około 27000 CLP. Później Jose nam powiedział, że to samo danie, oczywiście w trochę innych warunkach, po drugiej stronie Mercado Central (za mostem), można kupić za 5000 CLP a nie 11000.
Skoro już mowa o pewnych brakach w restauracjach, to dotychczas jeszcze nigdzie nie spotkaliśmy się przewijakiem, dlatego Marianna jest przebierana głównie na stole, trawie, lub gdzie akurat znajdzie się jakiś skrawek wolnego miejsca.
U Jose znaleźliśmy się około 19, gdzie już praktycznie czekała na nas kolacja. Mania po całym dniu bardzo szybko usnęła, ale byliśmy i jesteśmy cały czas z niej strasznie dumni, bo dzielnie znosi zwiedzanie, a wręcz uśmiech jej nie schodzi z ust.
 
Dzień 3
Kolejny dzień też postanowiliśmy spędzić z Cristiną. O godzinie 10:00 i 15:00 na rogu Plaza de Armas rozpoczynają się Trips for Tips, czyli wycieczki szlakiem głównych atrakcjach Santiago, całkowicie za darmo. Wycieczki są w dwóch językach: angielskim i hiszpańskim. Trwają, uwaga, ponad 4 godziny. My o godzinie 15:00 umówiliśmy się na dworcu centralnym, przy stacji Universidad de Santiago, z Ivanem, naszym kolejnym gospodarzem z couchsurfingu, z którym mieliśmy jechać do Vina del Mar. Już zatem na początku wiedzieliśmy, że wszystkiego nie uda się nam zobaczyć, i że nie uda się nam wejść również do żadnego muzeum :-(.
Wycieczkę po Santiago możemy polecić z czystym sumieniem. Przewodnik był super – świetnie opowiadał o historii Chile i o zabytkach, które mijaliśmy. Udało nam się zobaczyć odnowiony po trzęsieniu ziemi budynek muzeum Chileno de Arte Precolumbino, budynek opery, pałac La Moneda, przejść przez dzielnicę artystów/hipsterów Barrio Lastarria i wiele innych, a zakończyć nasze zwiedzanie przy budynku muzeum Bella Artes. Franco, bo tak miał na imię nasz przewodnik, sprzedał nam również przydatną informację. Jeśli się chce zjeść tanio i dobrze w Santiago, trzeba pytać ludzi na ulicy o „pica” lub „picada”. Są to przeważnie rodzinne restauracje serwujące bardzo dobre i tanie dania. Podczas naszej wycieczki odwiedziliśmy najsłynniejszą pica w Santiago – Pica de Clinton (naprzeciwko budynku opery), w której to sam Bill Clinton po wyjściu z opery zamówił Colę – miejsce to teraz jest udekorowane podobiznami Clintona, gadżetami itd.
Nasz czas w Santiago dobiegł końca, zabraliśmy swoje rzeczy od Jose i ruszyliśmy na dworzec, gdzie czekał na nas już Ivan. Kupiliśmy bilety do Vina del Mar, z firmy Pullman Bus (4000 CLP) i od razu bilety na nocny autobus do Pucon, który musieliśmy złapać z Santiago za dwa dni.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.