Valparaiso

by Mario
Dzień 3 cd.
Droga z Ivanem (to bardzo popularne imię w Chile :- ) minęła nam bardzo szybko, głównie z powodu ciągłej rozmowy z naszym nowym gospodarzem. Dotarliśmy na miejsce około 17:00. Z dworca Vina del Mar odebrał nas kolega Ivana, kierowca collectivos. Collectivos to taki rodzaj taksówki, który jeździ po ustalonej trasie i przeważnie kierowca czeka, dopóki nie będzie kompletu. Można oczywiście nie czekać, ale trzeba zapłacić za wszystkie brakujące osoby.
Valparaiso, Vina del Mar i   tworzą swego rodzaju nasze polskie Trójmiasto. Z tą jednak różnicą, że miasta te leżą na zboczach gór. Dlatego też między innymi postanowiliśmy nie brać ze sobą wózka dla Mani. Pomiędzy miastami jest kilka środków transportu. Poza oczywistymi taksówkami i colectivos są jeszcze pociąg i microbusy. My korzystaliśmy z tych ostatnich, przy czym bywają one dość mocno zapchane.
Mieszkanie Ivana było jak dotąd najlepszym miejscem w Chile, w jakim nocowaliśmy. Naszego zadowolenia dopełniał obłędny widok z okna. Przed nami rozciągał się ogrom oceanu, widok na port i inne zabudowania.
Pierwszy wieczór upłynął nam głównie na poszukiwaniu pieluch w okolicznych sklepach. Po wielkich trudach udało się je znaleźć – 6800 CLP (około 13$) za 30 sztuk. To drożej niż w Polsce. Z dodatkowych atrakcji tego dnia możemy wymienić zupę z owoców morza przygotowaną przez Ivana. Starał się jak mógł, ale… no cóż, Ivan na pewno nie zostanie Master Chefem Chile :-). Z drugiej strony okazał się doskonałym opowiadaczem historii, zwłaszcza tych związanych z najbardziej burzliwymi dziejami ostatnich 50 lat Chile. Zagadnięty przez nas o kwestie polityczne, opowiadał wszystko z perspektywy osoby, która na własnej skórze doświadczyła reżimu Pinocheta, przemian społeczno-gospodarczych rodzącej się demokracji i wielu zmian, jakie zaszły w ostatnich latach w kraju.
Mania w tym czasie już dawno spała. Z zegarkiem w ręku zasypiała codziennie około 21.
Dzień 4.
W przeciwieństwie do betonowego, szarego i zatłoczonego Santiago, Valparaiso powitało nas orzeźwiającą bryzą znad oceanu, mnogością kolorów, zapachów i różnorodnością wpływów różnych kultur. Miasto to było do momentu opłynięcia Cape Horn głównym portem Chile. Dziś w porcie można głównie spotkać wojskowe jednostki, rybaków i łódki, które zabierają turystów na wycieczki.
Tak jak wcześniej wspominaliśmy do Valparaiso dostaliśmy się microbusem. Ivan zaoferował, że pokaże nam miasto. Z okolic mieszkania Ivana przejazd do Valpo jest dość prosty – jeżdżą dwa busiki, nr 504 i 505. W samym Valparaiso jest ich mnóstwo, różnych kolorów, bez numerów, nie ma rozkładów, ba, nie ma nawet przystanków. Konia z rzędem temu kto się w tym dość szybko odnajdzie i nie pobłądzi. Gdyby nie Ivan, stracilibyśmy bardzo dużo czasu. Zgodnie z planem ustalonym z Ivanem dzień wcześniej nasze pierwsze kroki skierowaliśmy nad ocean. W końcu to pierwszy raz nad Pacyfikiem dla Mani i Karoli i pierwszy bardziej świadomy raz dla Mani na plaży. Takiej dużej piaskownicy jeszcze nie widziała i oczywiście musiała spróbować jak smakuje taka duża ilość piasku. Spacer nad brzegiem zakończyliśmy przy….lwach morskich J wylegujących się w słońcu na betonowej pozostałości jakiejś budowli wystającej z wody. Takich rzeczy w Trójmieście nie zobaczysz hehe.
Kolejnym punktem było centrum miasta. W magiczny dla nas sposób złapaliśmy microbusa. Cena biletu nie przekraczała z reguły 500 CLP za osobę (mniej niż 1$). W Valparaiso na każdym kroku można znaleźć obiekty z listy dziedzictwa kulturowego UNESCO, a sam przewodnik jako metodę zwiedzania proponuje zgubienie się w wąskich, brukowanych uliczkach. Mimo tego, że z Ivanem się nie zgubiliśmy, udało się nam zobaczyć ślady różnorodnych wpływów kulturowych w Valpo. Z dzielnicy angielskiej przechodziliśmy płynnie w dzielnicę hiszpańską, a następnie w żydowską. Bardzo ciekawym sposobem poruszania się po dość mocno nachylonym terenie są ascendory-windy, które swoją funkcją przypominają pojedyncze wagoniki, które można spotkać np. w Lizbonie. Jest ich kilka w Valpo, a najstarszy jest z 1881 r. Nam się udało przejechać jednym z nich – El Pearl, który zabrał nas do Baburizza Palace.
Ostatnim punktem naszego „must see” w Valpo, był dom słynnego chilijskiego poety, noblisty Pablo Nerudy. La Sebastiana, bo tak się nazywa posiadłość, to zaplanowany w najdrobniejszych detalach budynek, który wymarzył sobie Neruda. Jak sam pisał w liście do znajomych: „Czuję się zmęczony Santiago. Chciałbym znaleźć w Valparaiso mały domek do życia i pisania w spokoju. Musi jednak spełniać pewne warunki. Nie może być za wysoko ani za nisko. Powinien być samotnią, ale bez zbytniej przesady. Z sąsiadami najlepiej niewidzialnymi. Nie powinienem ich widzieć ani słyszeć. Oryginalny, ale wygodny. Z wieloma skrzydłami, ale solidny. Nie za duży nie za mały. Oddalony od wszystkiego, ale blisko transportu. Samowystarczalny, ale blisko punktów handlowych. Powinien być również bardzo tani.” Neruda znalazł taki dom na wzgórzu Valparaiso, nazwał go „La Sebastiana” na cześć budowniczego domu. Warto odwiedzić ten piękny budynek, choć wstęp kosztuje 5000 CLP (ok. 10$). Marianna z racji 7h zwiedzania zbuntowała się w okolicach 4 z 5 pięter, oznajmiając swoje niezadowolenie kulą. Nic jednak straconego, ponieważ dzięki nagłej potrzebie przebrania na trawniku przed domem udało mi się zwiedzić ogród Nerudy.
Valparaiso urzekło nas i żałujemy, że nie mieliśmy okazji zobaczyć tego miasteczka wieczorowe porą, kiedy ożywają wszystkie knajpki. Mamy nadzieję, że uda nam się tam wrócić na końcu naszej podroży, choćby po to żeby kupić Mani, tzw. łapacze snów, które widzieliśmy w jednym z małych sklepików. Kto wie, może kiedyś jej się przyśni to miasto.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.