Vina del Mar

by Mario
Dzień 19,20,21
Pożegnaliśmy Atacamę :-(. Nasza przygoda z Ameryką Południową dobiega powoli końca. Ostatnie trzy dni, jak nakazuje nasza krótka tradycja, spędziliśmy na leniuchowaniu, odpoczywaniu i ni-nie-robieniu. Jeszcze w Warszawie poprzez serwis Airbnb znaleźliśmy sobie „mieszkanie z widokiem”:-) w Vina del Mar.  Stwierdziliśmy, że przyda nam się taka chwila spokoju i wytchnienia po blisko trzech tygodniach podróżowania – w czasie którego pokonaliśmy ponad 6 tys. km.
Nasz główny plan zakładał, że czas ten spędzimy na plaży. Niekoniecznie się to udało bo jednak, co tu dużo mówić – nie jesteśmy zbyt statecznymi osobami. Tyle było dobrego, że nigdzie się nie spieszyliśmy i mogliśmy spać do woli. Mańka w zasadzie ułatwiała nam to zadanie. Po całym dniu na zewnątrz usypiała na dobre jeszcze przed powrotem do mieszkania, a zdarzało nam się wracać późno. Głównie dlatego, że dwa razy szalone microbusy (jeżdżące z prędkością zdecydowanie przekraczającą zdrowy rozsądek, jak na tego typu pojazdy) zabrały nas, mimo wcześniejszych zapewnień kierowcy, inną drogą. Problem polegał jednak na tym, że Vina del Mar leży na zboczach górskich i ta inna droga oznaczała jazdę w górę zamiast nabrzeżem, a przez to brak specjalnej możliwości powrotu w rozsądnym czasie.
Dni upływały nam dość leniwie, wstawaliśmy późno. Spędzaliśmy godzinkę czy dwie na plaży, następnie jechaliśmy na obiad do lokalnych picadas. Drugiego wieczora zostaliśmy zaproszeni przez naszego couchsufrera sprzed 3 tygodni, Ivana i jego żonę na kolację. Wybraliśmy się więc na drugą stronę Vina. Na miejscu poznaliśmy parę argentyńsko-wnezuelskich couchsurferów, którzy dzień wcześniej nocowali u naszego byłego gospodarza. Spędziliśmy bardzo przyjemny wieczór. Poczuliśmy się niemal tak, jakbyśmy byli już w Chile dużo dłużej, na tyle długo, żeby mieć znajomych wśród samych Chilijczyków. Znajomych, z którymi spotykasz się wieczorem na kolacji i dyskutujesz o wszystkim i o niczym. Niesamowite uczucie.
Obiecaliśmy sobie na początku naszej podróży, że wrócimy do Valparaiso, choćby po to żeby kupić łapacza snów dla Mani. Nadarzyła się ku temu znakomita okazja, jeden microbus (700 CLP ~ 5 zł/os) odjeżdżający spod bloku i po 40 minutach byliśmy już w głównym porcie Valparaiso. Dodatkowo chcieliśmy też zobaczyć Valpo wieczorową porą. Wydawało się nam, że wtedy miasto tak prawdziwie ożywa i pokazuje swój urok. Punktem obowiązkowym była także restauracja JCruz, o której wspominamy tutaj. Jeśli będziecie kiedyś w Valparaiso, musicie odwiedzić to miejsce, choćby dla samego wystroju. Mańka również dobrze będzie wspominać tę restaurację, ponieważ zaraz po zajęciu miejsca przy stoliku została „porwana” przez jedną z kelnerek :-). Szczęśliwe dziecko zostało nam zwrócone jak już kończyliśmy swoją chorillanę. To jest właśnie kolejna rzecz, która jest nieodzownym elementem podróżowania z dzieckiem – natychmiastowa interakcja z innymi osobami, a przez to możliwość poznania kolejnej cząstki danego kraju. Tej mniej turystycznej.
Jednak największa przygoda czekała nas ostatniego dnia. O 23:00 mieliśmy planowo lot z Santiago do Berlina. Nie było więc większego sensu, żeby wracać dzień wcześniej do Santiago. Postanowiliśmy, że na lotnisko jedziemy bezpośrednio z Vina del mar. Drogę tę pokonywaliśmy już wcześniej 3 razy. Za każdym razem, jak wchodziliśmy na dworzec, po maksymalnie 10 minutach siedzieliśmy już w autobusie gotowi do drogi. Tym razem było jednak inaczej. Na dworcu pojawiliśmy się o 18:45 i od razu stanęliśmy w kolejce do kasy. Kolejka ta była nadzwyczajnie długa, ale obsługa szła sprawnie i nie wzbudziło to specjalnych obaw. Okazało się jednak, że powinno. Pierwsze możliwe a jednocześnie najwcześniejsze dwa bilety do Santiago były dopiero na godzinę 19:45. Troszkę zaczęliśmy się martwić o to, czy zdążymy. Nasze zmartwienie spotęgował człowiek w kasie, który powiedział, że autobus jest chwilę po 22:00 w Santiago. Zakładając, że wysiedlibyśmy z jednego autobusu i przesiedli się od razu do drugiego – tego jadącego na lotnisko – to zostałoby nam max. 20 min do odlotu… Wyobraźcie sobie, jaki myśli nam przebiegały wtedy przez głowę :-).  Będąc już w drodze do stolicy wpadliśmy jednak na pomysł, żeby napisać do Johanny, od której wynajmowaliśmy mieszkanie w Vina, a która mieszka na co dzień w Santiago, czy nie mogłaby nas odebrać z dworca i podrzucić na lotnisko. Nie odmówiła nam pomocy ;-). Wpadliśmy na halę odlotów około 15 min przed planowanym boardingiem, a 40 min przed odlotem. Tylko dzięki Johannie udało nam się wsiąść do samolotu i wrócić planowo do Polski kilkadziesiąt godzin później. Raz jeszcze dziękujemy! :-).

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.