Witaj Chile – nasze przygotowania

by Mario
Podjęcie decyzji dotyczącej podróży do Chile zajęło nam tyle, ile wypełnienie rezerwacji. Zaraz potem przyszła pierwsza myśl – no dobra, wiem gdzie jest Chile i co jest stolicą, ale co tam można ciekawego zobaczyć? :-). Zaczęło się chaotyczne szukanie informacji. Po dwóch – trzech dniach przeglądania setek stron, zadawania głupich pytań Google, człowiek uspokaja się i stwierdza, że takim trybem to się niczego ciekawego nie dowie. Jak to już nasza tradycja podróżnicza stanowi, główną naszą pomocą w przygotowaniach jest przewodnik Lonely Planet. Jak się okazuje, jest to też jedyna pomoc w formie papierowej. Nie udało mi się nigdzie dostać żadnego innego przewodnika anglo/polskojęzycznego po Chile.
Zanim dotarł przewodnik, chaos informacyjny z pierwszych trzech dni pozwolił już nakreślić w głowie główne punkty. Wyspa Wielkanocna, słynąca z posągów Moai, najdalej wysunięta wyspa na świecie, super miejsce do nurkowania. Wszystko pięknie, ale okazało się, że jest mały problem z dotarciem na  wyspę – cena przelotu to około 2400 zł za osobę w dwie strony z Santiago. Nie ma promocji, nie ma okresów tańszych czy droższych. Lata tam tylko jedna linia chilijski LAN. Nasza wyprawa do Chile miała być budżetowa, więc wydatek blisko 5 tys. zł na pewno takiej z niej nie czynił. Wyspa zatem, mimo naszych wewnętrznych smutków, poszła w niepamięć. Musieliśmy się skupić na stałym lądzie, gdzie zresztą jest również masę niesamowitych rzeczy do zobaczenia.
Chile to bardzo, bardzo zróżnicowany kraj. Na północy najsuchsze miejsce na Ziemi – pustynia Atacama, na południu lodowce, fiordy, a w środku winnice. Niezliczone ilości gatunków zwierząt. Dla każdego coś dobrego, jak mawia przysłowie. Jednak różnorodność ta powoduje konieczność odpowiedniego przygotowania się. Przede wszystkim trzeba zabrać ze sobą ciuchy na lato (30 stopni C), ale też na poważną zimę (-5/-20 stopni C). Nasz plan jest zatem taki: zabieramy ze sobą jeden duży plecak (80l) i jeden mały (45l), mniejszy plecak jako podręczny i torbę na sprzęt foto, plus dwa śpiwory. Do tego wszystkiego dokładamy wózek dla Marianki. Zobaczymy, czy uda się nam w to zmieścić wszystkie rzeczy i  jeszcze tak zapakować, by można to było bez problemu unieść J. Z rzeczy koniecznych w plecaku nie może zabraknąć kremu UV 50, ponieważ akurat nad Chile warstwa ozonowa jest bardzo cienka i nawet najlżejsze słońce potrafi porządnie opalić. Nie bierzemy za to ze sobą pieluch, chusteczek etc. Wszystko kupimy na miejscu, w końcu Chile to taki sam kraj, jak Polska.
Spędziliśmy sporo czasu na opracowaniu naszego planu, wiele osób nękaliśmy swoimi pytaniami, pomogło nam również wielu Chilijczyków. Przede wszystkim wydaje się, że jeśli podróż ma być niskobudżetowa, należy zapomnieć o wynajmowaniu samochodu na dłuższe okresy i dystanse. I tak na przykład, wynajęcie samochodu na 9 dni to wydatek około 300$, plus fotelik dla dziecka (7$ dzień), autostrady około 140$ (w dwie strony z Santiago np. do Puerto Montt), plus benzyna (ok. 2 tys. km – 1,5$ za litr). Powiecie, że wiele się ominie podróżując autobusem, samolotem – pewnie. Z tym, że i tak ostatecznie wszystko, co się zobaczy będzie inne, nowe i niesamowite.
Mamy zatem nasz wstępny plan podróży. Zobaczymy, czy uda się go nam zrealizować:
29.11 wyruszamy z Warszawy do Berlina Simple Express –  koszt w dwie strony dla dwóch osób to około 350 zł. Nocujemy u znanych w kręgach podróżników z dziećmi – Family Without Borders, którym jesteśmy bardzo, bardzo wdzięczni, że nasz przygarnęli J.
30.11 o 7:20 będziemy na pokładzie Boeinga lecącego do Madrytu, gdzie mamy godzinkę na przesiadkę do samolotu zmierzającego do Santiago. Lądujemy tego samego dnia o 21:15. Pierwszy nocleg mamy u Pauli – dziewczyny z Couchsurfingu. Następnej nocy również jesteśmy gośćmi, tym jednak razem u Jose. Ostatecznie 2 grudnia spotykamy się w Santiago z Ivanem, starszym panem, który zadeklarował, że nas przenocuje w Vina del Mar – akurat drugiego będzie w Santiago i będziemy razem mogli podjechać bezpośrednio do niego. Z wymiany mailowej wydaje się niesamowicie opiekuńczy i chętny do pomocy w zwiedzaniu Valparaiso, bo to ono jest naszym celem. Valparaiso, razem z Vina del Mar i Concon to takie chilijskie Trójmiasto. Zobaczymy:-).
Nie mogliśmy ominąć możliwości nurkowania i dlatego też znaleźliśmy szkołę nurkową należącą do Pedra (Pedro Niada, endemica_exp@hotmail.com), z która 4 grudnia wyruszamy do Quintay, gdzie nurkujemy na wraku kutra wielorybniczego (Quintay to stary port rybacki, kiedyś znany głównie z połowów wielorybów). Dla tych, którzy chcą nurkować u wybrzeży Chile znaleźliśmy jeszcze jedną szkołę: www.australdivers.cl.
Pedro odstawia nas po nurkowaniu do Santiago, tam łapiemy autobus, zapewne od firmy TurBus i jedziemy do Pucon (około 9h), gdzie czeka nas zwiedzanie jezior i wulkanów, a być może i wdrapywanie się na wulkan Villarica. Tej części naszej wyprawy nie mamy do końca zaplanowanej, zostawiamy tu sobie trochę miejsca na odkrywanie, dlatego też m.in. nie mamy jeszcze załatwionego noclegu w Pucon. Wyszliśmy z założenia, że coś się zawsze znajdzie na miejscu.
Następnie kolejny autobus i przejeżdżamy do Puerto Montt, gdzie śpimy u Doroty z http://pewnegorazuwchile.co,  za co również jej bardzo, bardzo dziękujemy :-). Stamtąd będziemy zwiedzać Puerto Varas, lekko na północy od Puerto Montt oraz wyspę Chiloe. Ogólnie jednak zdamy się na podpowiedzi i sugestie Doroty. 
Wrócić do Santiago musimy 13 grudnia – wtedy czeka nas lot do Calamy na północ Chile. Jak słyszeliśmy, Calama jest raczej węzłem komunikacyjnym, niż atrakcją samą w sobie, dlatego też szybko wsiadamy w autobus i jedziemy do San Pedro de Atacama – małego miasta, nastawionego głównie na turystów, z bazą wypadową na wszelkie atrakcje pustyni Atacama. Problem w tym, że jest to również miasto, gdzie nie można znaleźć przyzwoitego noclegu za rozsądną cenę. Najtańszą opcją jest 40$ za pokój w hostelu, z jedną łazienką na cały obiekt, ze ścianami z papieru i koniecznością posiadania własnej poduszki, bo ta, która jest, pamięta czasy Pinocheta. Po wielu poszukiwaniach udało się nam znaleźć nocleg w serwisie www.airbnb.pl u Amalii Bravo za 111 zł za pokój. Cena na tamte okolice rewelacyjna, nie ma też się co oszukiwać –  wprost proporcjonalna do warunków, z tą jednak różnicą, że jest czysto, gościnnie i cicho J.
Z samego San Pedro zamierzamy zrobić program obowiązkowy, czyli Doliną Księżycowa, Salar Talar, Narodowy Park Flamingów. Początkowo w planach było również wjazd do El Tatio Geysers. Po kilku konsultacjach jednak stwierdziliśmy, że istnieje możliwość złapania choroby wysokościowej przez Mańkę – gejzery termalne są na wysokość 4300 m.n.p.m. Lot powrotny do Santiago mamy 18 grudnia i niestety zbliżać się będziemy wielkimi krokami do końca naszej podróży. Ostatnie trzy dni, zwyczajowo mamy zamiar spędzić na nic-nie-robieniu:-). Jedziemy do Vina del Mar i tam po prostu odpoczywamy na plaży, a nocleg mamy również już zabookowany z airbnb.pl.
Pozdrawiamy i do zobaczenia w naszej relacji.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.