Cres

by Mario
Naszą opowieść o Cresie powinniśmy zacząć przede wszystkim od smaku smażonych kalmarów. Było już grubo po 21.00, kiedy wyszliśmy z hotelu na nabrzeże malutkiej miejscowości Martinšćica na zachodzie wyspy. Po chodniku biegały dzieci, przy stolikach wesoło gawędzili ludzie, gdzieniegdzie przemykały koty. Zamiast siadać w restauracji wzięliśmy na wynos smażone kalmary i usiedliśmy nad brzegiem morza. Na plaży byliśmy całkiem sami. Mania z Jasiem rzucali kamieniami do wody, a my cieszyliśmy się ciszą. Kalmary smakowały nam jak nigdy dotąd.
20170719_6952
Takich chwil nam było trzeba. Poprzedniego dnia wyjechaliśmy z autocampu w Medulinie, turystycznej miejscowości na południu Istrii. Jakoś nie mogliśmy się odnaleźć na ogromnym kempingu, który – choć naprawdę świetnie zorganizowany, czysty i z doskonałą obsługą – zupełnie nie odpowiadał naszej wrażliwości i chęci poznania kraju, do którego pojechaliśmy.
Dlatego też zaczęliśmy raz jeszcze przeglądać blogi podróżnicze w poszukiwaniu czegoś innego. Pytaliśmy także lokalsów, co warto zobaczyć, na jaką plażę pojechać, co zjeść i gdzie. Tak trafiliśmy na trochę dziką, ale piękną plażę Meli. Jak się okazało jednak, znalezienie drogi do plaży graniczyło niemalże z cudem. Idąc za radami jednego z mieszkańców Martinšćicy, skręciliśmy z głównej drogi w nie tę polną dróżkę, co trzeba. Ścieżka, bo nie można tego było nazwać drogą, byla tak wąska, że nasze auto niemalże dotykało kamiennych murków zbudowanych po obu jej stronach a rowery na dachu zawadzały o drzewa oliwkowe rosnące za murkami.
20170720_696420170720_697320170720_697620170720_6980
Jadąc nią, cały czas się zastanawialiśmy, co zrobimy, jak nadjedzie auto z naprzeciwka. Oczywiście po kilku minutach tak też się stało. Na szczęście jednak skończyły się kamienne murki i wyjechaliśmy na pole, na którym mogliśmy się minąć z autem. Kierowca, pan rolnik wiozący w przyczepce swoje owce, szybko uświadomił nam nasz błąd. Niepewnie zakręcając na usianym mniejszymi i większymi kamieniami polu, jakoś zdołaliśmy się stamtąd wydostać.  Po wyjechaniu na główną drogę już bez problemu znaleźliśmy właściwy skręt na plażę Meli.
IMG_1226-2
Sama plaża okazała się być strzałem w dziesiątkę. Choć dojście do niej nie było najłatwiejsze, to jednak warto było trochę się pomęczyć. Szmaragdowo-błękitna woda, piasek zamiast kamieni i nie za dużo ludzi. Czyli to, na co wszyscy czekaliśmy. Musimy przyznać, że trochę odpoczęliśmy.
Jeszcze przed naszą podróżą do Chorwacji wiedzieliśmy już, że będąc na Cresie, koniecznie musimy zobaczyć malutką wioskę rybacką położoną na zachodnim brzegu wyspy. Po cichutku marzyliśmy też, że może jakimś cudem uda się tam nam znaleźć miejsce do spania. Tak trafiliśmy do Valun – magicznego miejsca ze specyficznym, lokalnym klimatem.
Pierwsza niespodzianka: miasteczko położone jest na zboczu góry i w samej zatoce. Nie ma tam więc miejsca na samochody. Można wjechać tylko na chwilę, by wypakować bagaże. Potem, po 20 minutach, auto trzeba odprowadzić na parking na wzgórzu. Dzięki temu w Valun jest spokojnie a czas płynie trochę inaczej.
Druga miła rzecz: udało nam się znaleźć nocleg! Zatrzymaliśmy się w małym apartamencie tuż przy porcie, nie płacąc za niego milionów monet (Jasio to dobry negocjator!).
20170720_702920170720_7053
20170720_7049Popołudnie i wieczór spędziliśmy włócząc się po miasteczku, bawiąc się na placu zabaw tuż przy kameralnym kempingu na wzgórzu, siedząc na kamienistej plaży (niektórzy z nas kąpali się nawet po zachodzie słońca) i obserwując łódki. I właśnie takie momenty zostaną w nas najdłużej: nie spieszymy się nigdzie, smakujemy lokalną kuchnię a dzieciaki mają frajdę z najprostszych rzeczy.
Następnego dnia planowaliśmy wydostać się z Cresu. Pojechaliśmy więc do Mali Lośnij, z którego odpływa prom na ląd, do Zadaru. Jakież było jednak nasze zdziwienie, jak okazało się, że wszystkie bilety na prom zostały dawno wyprzedane, a kolejny – na który zostały jeszcze ostatnie miejsca – wypływa dopiero następnego dnia. W kasie biletowej poradzono nam, że możemy próbować negocjować z panami promiarzami – mieliśmy  ustawić się cierpliwie w kolejce i grzecznie pytać, czy będą na tyle łaskawi, by nas jednak gdzieś upchnąć.
20170720_7013
Jak się domyślacie, w podobnej sytuacji byli także i inni podróżnicy. Mario zaparkował samochód w strategicznym miejscu, tuż przy wjeździe na prom, ja zaś ustawiłam się obok promiarzy. Jak już wszystkie samochody z rezerwacjami wjechały, pan promiarz oznajmił, że do środka może wjechać jeszcze jeden kamper i dwie osobówki. Spojrzał na całą naszą kilkuosobową grupę „nadprogramowych”, wskazał mnie, Szwajcara z kamperem i jeszcze jednego Włocha i kazał szybko kupić bilety. Nasza radość oczywiście nie miała końca. Jednak w tym samym momencie zorientowaliśmy się, że biletów nie możemy kupić na promie – są dostępne jedynie w kasie, oddalonej o jakiś kilometr od portu.
20170721_7060
Szwajcar w mgnieniu oka rozłożył swój przenośny rowerek, a ja szybko zaczęłam biec wzdłuż zacumowanych łódek, a żona Włocha chyba wiedziała, jak to się skończy i od kilku minut cierpliwie czekała już w kasie :-). Po chwili jednak Szwajcar zatrzymał się i zaproponował wskoczenie na bagażnik. Pędziliśmy więc ile sił w tych jego szwajcarskich nogach, żeby jak najszybciej kupić bilety.
Po chwili byliśmy już z powrotem (żona Szwajcara chyba nie była za bardzo zadowolona ze sposobu dotarcia do celu… :-)) i mogliśmy legalnie wjechać. Czekał na nas 6-godzinny rejs do Zadaru. Ale to historia na zupełnie inną opowieść.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.