Jeziora Plitwickie

by Mario
– Co robi mózg, kiedy nie robi nic szczególnego?
– Prawdopodobnie zajmuje się sobą. W pewnym sensie ma wówczas czas, żeby uporządkować swoje neuronalne interesy. Organizowane są wtedy na nowo sieci komórek nerwowych, sortowana jest pamięć i przerabiamy wyuczony materiał. Jest to, jak się zdaje, dla bezawaryjnego funkcjonowania naszego myślenia równie niezbędne, jak cotygodniowe domowe porządki (…). Fakt, iż właśnie podczas pozbawionego konkretnego celu nicnierobienia, niektóre obszary mózgu są bardziej aktywne niż podczas ukierunkowanego myślenia, przybliża nas do wyjaśnienia owych przebłysków geniuszu, które przenikają nas tak, jakby powstały z niczego. Wtedy bowiem, kiedy nie ma impulsów zewnętrznych, mózg może czerpać z ogromnego skarbca nagromadzonej wiedzy wewnętrznej”.
Ulrich Schnabel, O szczęściu nicnierobienia, Muza SA, Warszawa za: „Mikrowyprawy w wielkim mieście” Łukasza Długowskiego, MUZA SA.
Nasze podróże zawsze są kombinacją dni, podczas których chodzimy po lasach, wspinamy się na góry, jeździmy rowerami po bezdrożach, budujemy babki z piasku, leżymy do góry brzuchem, wygłupiamy się i nic nie robimy, z chwilami bardziej aktywnymi, kiedy chcemy się jak najwięcej dowiedzieć o miejscu, w którym przebywamy. Odwiedzamy więc muzea, wertujemy przewodniki i przeglądamy Internet, rozmawiamy z ludźmi, poznajemy lokalną kulturę, sztukę, miejscowe smaki i zapachy.
Nie da się jednak ukryć, że to, co kochamy najbardziej, to bezpośredni kontakt z naturą: zapach lasu, wiatr we włosach podczas wspinaczki na szczyt, odgłosy dzikich ptaków za plecami. Lubimy się też w tym naszym nicnierobieniu trochę natrudzić – wtedy po prostu wiemy, że żyjemy. Wtedy też przychodzą nam do głowy najlepsze pomysły, mamy czas zastanowić się nad tym, co jest tak naprawdę ważne, a czym nie należy się przejmować.
20170728_7579
20170728_756420170728_756120170728_7558
Ostatnim punktem naszej chorwackiej wyprawy był Park Narodowy Jezior Plitwickich – celowo zostawiliśmy go sobie na koniec. Chcieliśmy spędzić tam trochę czasu, nie spiesząc się nigdzie, wybrać takie ścieżki, by każdy z naszej czwórki był zadowolony. W pięciogodzinnej podróży z Dubrownika znowu nam pomagały gadżety od Tuloko – Mańka rysowała, Jasio miał podstawkę do oglądania książeczek, a w torbie podróżnika rozłożonej pomiędzy ich fotelikami leżały najpotrzebniejsze rzeczy.
Jeziora Plitwickie to piękno samo w sobie. Na tym położonym tuż przy granicy z Bośnią i Hercegowiną ogromnym terenie można spędzić co najmniej kilka dni i na pewno nadal będzie to za mało, by móc zobaczyć całość. Szlaki spacerowe dostosowane są do różnego poziomu trudności – można wybrać piesze wędrówki (ważna informacja: odradzamy wózek – dużo korzeni, kamieni i nierówności), można popłynąć elektrycznym statkiem lub wjechać na najważniejsze punkty widokowe autobusem. Dużych jezior jest 16, Park podzielony jest na dwie strefy: dolną i górną. W zasadzie w każdym zakątku tego najstarszego i największego parku narodowego Chorwacji można odkryć coś wyjątkowego: ogromne wodospady, błękitno-szmaragdowy kolor wody, kameralne drewniane kładki pomiędzy jeziorkami. Niestety sława Jezior Plitiwckich jest również ich zmorą. Kolejka do autobusu do wjazdu na górne jeziora ciągnie się w nieskończoność. Na kładkach momentami robią się zatory, bo ludzie fotografują siebie, wodę, wodospad itd. Gdzieś ta magia niestety ucieka.
Wybierając się na szlak, warto wziąć ze sobą coś do jedzenia i picia – co kilka kilometrów znajdują się przyjemne miejsca piknikowe, w których można się zatrzymać i usiąść na ławce lub rozłożyć się na trawie. Obsługa Parku też jest bardzo pomocna, z przyjemnością doradzi trasę i będzie się starała znaleźć rozwiązanie naszych problemów.
20170728_758120170728_7575
Ogromnym minusem jest jednak parking – samochody parkuje się w sposób dowolny, momentami wręcz absurdalny. Nie ma wyznaczonych miejsc, przez co może być problem z wyjechaniem z parku. Musimy jednak wziąć pod uwagę to, że odwiedzaliśmy Jeziora Plitwickie w szczycie sezonu (końcówka lipca), więc w innych okresach w roku nie powinno być tego problemu.  
Wracając z Plitvic udało nam się jeszcze zajechać do Zagrzebia. Zjedliśmy rewelacyjne szprotki w Amforze – małej lokalnej knajpce (podobno kultowej wśród bywalców targu Dolac), napiliśmy się kawy na słynnej kawiarnianej uliczce i trochę poszwędaliśmy się po Starówce. Jednak po zobaczeniu wszystkich klimatycznych starożytnych i średniowiecznych miasteczek na Istrii i w Dalmacji, stolica Chorwacji nie zrobiła na nas jakiegoś większego wrażenia. Po prostu ładne miasto, jakich w Europie wiele.
20170728_759020170728_7598
Przystanek był nam bardzo potrzebny. Przed nami była 8-godzinna nocna droga do Warszawy. Chcieliśmy trochę zmęczyć dzieciaki, dać im czas na wybieganie się i spokojne pożegnanie Chorwacji. Dzięki temu zasnęły tuż za miastem. A my mogliśmy spokojnie wrócić do domu.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.