Akureyri – Hofsos

by Mario
Dzień 7
Uparliśmy się, że musimy zobaczyć wieloryby :-). W Chile niestety mieliśmy pecha i kolejnej okazji nie chcieliśmy marnować. W okolicach Akureyri jest bardzo dużo firm, które organizują „wyprawy na wieloryby”. Najpopularniejszym miejscem jest miejscowość Husavik, do której niestety musielibyśmy się cofnąć. Na szczęście można też wypłynąć z samego Akureyri. Początkowo planowaliśmy wybrać tą pierwszą opcję, głównie dlatego, że jest tańsza – 60€ vs 80€ od osoby. Ostatecznie stanęło na tym, że na łódź wsiedliśmy w Akureyri. Nasze umiejętności negocjacyjne ponownie się przydały :-). Punktualnie o 13:30 wypływamy na wody Eyjafjörður w poszukiwaniu wielorybów :-).
Nie mogliśmy wcześniej jednak nie skorzystać z okazji i nie zwiedzić drugiego pod względem liczby mieszkańców miasta na Islandii (17 tyś. osób). Śmieszne się to wydaje, bo to trochę tak jakbyśmy zwiedzali Ciechanów :-), a że nie jesteśmy specjalnymi fanami zwiedzania miast, to i stolica północy nie zrobiła na nas jakiegoś wrażenia.
Warto jednak zatrzymać się na chwilę w jednej z lokalnych kawiarni. My wstąpiliśmy do księgarnio-kawiarni Eymundsson. W ramach pamiątek z wyjazdów staramy się Mani kupować zawsze jakąś książkę. Tym razem nie było inaczej. Do Polski wrócą z nami przygody Muminków :-).
W kawiarni Mańka odkryła drewniany wóz strażacki. Śmiać się nam chciało, ponieważ dobrze wiedziała, do czego służy kierownica i jakie dzwięki należy wydawać, żeby imitować jazdę samochodem. Niesamowite, ale jednocześnie przerażające jest to, jak szybko ona wszystko chłonie :-). Dzięki jej uśmiechowi zapomnieliśmy już o tym, że zostawiliśmy większość naszych zapasów jedzenia u Halli w domu :-(.
Na łódke wsiedliśmy zgodnie z planem. Niedługo musieliśmy czekać, żeby naszym oczom ukazała się płetwa nurkującego właśnie Humbaka. Podczas trzygodzinnego rejsu jeszcze kilka razy widzieliśmy naszego towarzysza podróży. Początkowo Mania nie mogła się nadziwić, dlaczego co jakiś czas coś czarnego i dużego wynurza się z wody, a wszyscy zaczynają pokrzykiwać i cieszyć się jak dziieci. Wystarczyła jednak godzinka, żeby przenieść swoje zainteresowanie w stronę mleka mamy :-). Schodząc z pokładu, Mania już smacznie i głęboko spała. Zapakowaliśmy ją w fotelik i ruszyliśmy dalej do Hofsos, skuszeni możliwości kolejnej kąpieli w basenach termalnych.
Hofsos ma około 200 mieszkańców 🙂 i jest typowym islandzkim „miasteczkiem”, czyli jest ciche, spokojne, wyludnione. Choć przez obecność owych basenów wykazywało pewne oznaki życia. W zasadzie można odnieść wrażenie, że całe życie towarzyskie skupia się wkoło tego jednego miejsca.
Mania była wniebowzięta :-). Ciepła woda, tata i mama w pobliżu i zabawki. Czego chcieć więcej. Chwilę przed wejściem na teren basenów udało się nam zorganizować nocleg. Właścicielka jedynej noclegowni w okolicy zaproponowała nam cały dom za cenę jednego pokoju :-). Niesamowite jest to, że właścicielki na oczy nie widzieliśmy. Dom był otwarty, na drugi dzień prosiła (telefonicznie), żeby go zostawić w takim samym stanie. Zresztą nie mielibyśmy nawet czym go zamknąć, bo klucza nie dostaliśmy :-). Jedyną osobą, jaka się pojawiła, była koleżanka właścicielki z przenośnym terminalem :-). Tu chyba wszyscy mają takie urządzenia :-). Wieczór spędziliśmy raczej standardowo. Kolacja, zdjęcia, przewodnik no i oczywiście niespożyta energia naszej córki, która pozowoliła się nam położyć dopiero koło północy.
 

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.