Golden Circle

by Mario

Dzień 0/1

Jeden z postów na blogu nosi tytuł „marzenia się spełniają”. Powstał we wrześniu, tuż po kupieniu biletów na Islandię. Wtedy wyjazd był tak odległy, że nawet nie przyszło nam do głowy, że tak szybko będziemy zdawać z niego relację. No i stało się! Po 9h w Polskim Busie i oczekiwaniu na lotnisku w Berlinie (poznaliśmy islandzka rodzinę, która zaprosiła nas do siebie do Akureyri na północy) wylądowaliśmy w Keflaviku. Przywitał nas z kartką w ręku Marcin – właściciel wypożyczalni samochodów IcePole (dostaliśmy w gratisie fotelik dla małej), w której jeszcze w Polsce zajmowaliśmy samochód. Zapakowani do naszej nowej koleżanki, którą będziemy bliżej poznawać przez najbliższe dwa tygodnie – Hondy Accord ruszyliśmy do Reykjaviku, oddalonego o 50km od lotniska. Do drzwi  Hugrun, koleżanki naszej koleżanki (Kasia Zwolak, m.in. autorka bloga Podróże małe i duże) zadzwoniliśmy około 2 w nocy. Hugrun, dziękujemy za wyrozumiałość i gościnę! :-).

Kolejny dzień z Manią zaczął się dość wcześnie, bo o 7 z minutami. Poranne godziny spędziliśmy z rodziną Hugrun, która przygotowywała się do przedszkola (Hulda i jej młodszy brat) i do pracy (Hugrun i jej mąż). Gotowi do drogi byliśmy koło 10. Przystanek obowiązkowy – centrum handlowe i karta sim do telefonu. Ruszamy na południe, na półwysep Reykianes. Naszym celem jest most łączący dwie płyty tektoniczne. To właśnie dzięki takiemu położeniu na styku dwóch kontynentów Islandia zawdzięcza swój niepowtarzalny charakter. Wracając do mostu. Most jaki jest każdy widzi :-). Mając już pewne doświadczenie z Islandią, umówmy się, że nie jest to szczególna atrakcja.

Pierwsze spostrzeżenia: a) wszystko jest super oznaczone – drogi, ciekawe miejsca, b) GPS jest nieprzydatny, zaopatrzcie się w mapę, c) wymowa nazw miejscowości to nie lada wyzwanie, d) Mani nie podoba się fotelik :-).

Jadąc wzdłuż przepięknego południowego wybrzeża (co za widoki! Chciałoby się co chwilę zatrzymywać!) docieramy do Selfoss, tylko po to żeby odbić na północ do Parku Narodowego þingvellir. To właśnie w tym miejscu narodziła się demokracja. W 930 r. mieszkańcy Islandii założyli pierwszy na świecie parlament Alþing i w tym miejscu z przerwami spotykali się do 1834 r., kiedy to zdecydowano się przenieść Parlament do Reykjaviku. To tu pierwszy raz przekonaliśmy się, co Hugrun mówiła, że nie ma gorszej rzeczy na Islandii jak wiatr. Przeraźliwie zimny, porywisty, skutecznie potrafi zniechęcić do zwiedzania, ale nie nas :-). Mania opatulona i ubrana na cebulkę, my zresztą podobnie. Przeszliśmy całą 3 km trasę. Tu zaczyna się odczuwać jak mocno zróżnicowany jest krajobraz wyspy. Z jednej strony ogromna ściana wysokich skał, a z drugiej krystalicznie niebieskie jezioro Þingvallatn i łąki, a w oddali ośnieżone szczyty. We wspomnianym jeziorze można nurkować za jedyne 1200 zł od osoby :-). Nawet nie zabieraliśmy swoich licencji, choć kuszące to była propozycja zanurkować między dwoma płytami.

Þingvellir był pierwszym przystankiem na tzw. Golden Circle, czyli miejscach must see jeśli nie masz zbyt dużo czasu na Islandii. My go mieliśmy, co nie zabrania nam odwiedzić tych miejsc. Szczególnie, że przed nami Geysir i Gulfoss. Oba kultowe miejsca na mapie Wyspy. Byliśmy bardzo ciekawi szczególnie tego pierwszego, ponieważ w Chile mieliśmy okazje oglądać kilka gejzerów i chcieliśmy zobaczyć protoplastę nazwy gejzer. Sam Geysir jest już nieaktywny, ale na niewielkim polu gejzerów przoduje Strokkur, czyli „bańka”. Wyrzuca on co 7-8 minut gorącą wodę na wysokość około 20 metrów. Oboje z Karolą mieliśmy podobne odczucia, tzn. Geysir islandzki robi wrażenie, ale cała otoczka pól gejzerów w Chile robi zdecydowanie większe. Za to czego nie widzieliśmy w Chile ani nigdzie indziej pozwoliło nas na kolana – Gulfoss. Trójkasadowy wodospad na rzece Hvita, którego ogrom potęguje 70 m wąwóz postawił wysoko poprzeczkę w kategoriach wodospadów. Oczywiście towarzyszył nam w tym wszystkim Przeraźliwie zimny wiatr, który skutecznie nie pozwolił się nam nacieszyć zbyt długo widokiem Gulofssa.

Gulfoss to ostatnia atrakcja tego dnia, ale dzień się jeszcze nie skończył, bo musimy znaleźć miejsce do spania, a konkretnie dotrzeć do miejscowości Hella i campingu Arhus. Nikt o tej porze roku i takiej temperaturze nie zdecydował się na namiot. My własny rozstawiliśmy, ale doszliśmy do wniosku, że ten dzień był tak intensywny, że potrzebujemy ciepłego łóżka. Poza tym martwiliśmy się, jak Mania da sobie radę z ujemną temperaturą w nocy mimo dobrych śpiworów i mat. Na nasze szczęście camping miał też domki. Barman recepcjonista zlitował się nad nami i z astronomicznej kwoty 12000 koron ~80 euro zszedł do 7500 koron ~ 50 euro za noc. Dość szybko padliśmy w ciepłych łózkach, mimo „dnia” za oknem.

W maju na Islandii ciemno robi się około godziny 23, co daję więcej czasu na zwiedzanie. Ku naszemu zaskoczeniu Mańka nie miała problemu z wytrzymaniem do tak późnej godziny, ani z drugiej strony z zasypianiem. W pierwszym skutecznie pomagały drzemki w samochodzie, a w drugim ilość wydarzeń w ciągu dnia.

 

2 komentarze

Magda Listopad 23, 2015 - 22:38

Witam serdecznie 🙂 Piękne zdjęcia i niesamowita wyprawa. To był początek maja czy raczej koniec ? – tak się zastanawiam nad tą pogodą 😉

Reply
Mario Listopad 24, 2015 - 01:11

Cześć  dzięki wielkie. Miło nam sie czyta, że to co piszemy komuś sie podoba. To był  początek maja.

Reply

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.