Ísafjörður – Latrabjarg

by Mario
287 km do Grenlandii, najdalej wysunięty punkt Europy na zachód – Latrabjarg. To nasz dzisiejszy cel. Tym razem udało się nam wyjechać umiarkowanie wcześnie – Ísafjörður opuściliśmy tuż po 10:00. Dzień wcześniej od dziewczyny spotkanej w Braedraborg dowiedzieliśmy się, że droga, którą zamierzamy dotrzeć do Latrabjarg została otworzona tydzień wcześniej. Przy okazji poleciła nam „dziki” basen geotermalny w pobliżu Fos.
DSC_0588
DSC_0592
DSC_0599DSC_0626DSC_0634DSC_0635
DSC_0613
DSC_0602DSC_0666
Droga jest spektakularna. Przede wszystkim wiedzie przez kilka długich tuneli, niektóre składają się z jednego pasa (droga jest dwukierunkowa), co szczerze powiedziawszy wzbudzało w nas pewne emocje. Widok świateł samochodu jadącego wprost na nas bez możliwości ucieczki w żadną stronę nie należał do przyjemnych. Jednym z ciekawszych tuneli jest ten, w którym znajduje się rozjazd :-). Nie tunele jednak wzbudziły w nas podziw. Zrobiła to ta dopiero co otwarta droga i śnieżne zaspy. Pierwszy raz w życiu widzieliśmy taką ścianę śniegu. Musieliśmy sobie zrobić zdjęcie :-). Reszta naszej drogi to ponownie nic co wcześniej mogliśmy zobaczyć na Islandii, szczególnie przed samym końcem naszej trasy. Niesamowite złotoróżowe, ogromne plaże, tak plaże :-). Pierwszą naszą myślą było to, czy ktokolwiek, kiedykolwiek próbował tam plażować?! Jak później stwierdziliśmy, przy tak silnym wietrze byłoby to ekstremalne doświadczenie.
DSC_0702DSC_0731DSC_0724
DSC_0705DSC_0707
Nad samą plażą droga jakby częściowo znika. Dobrze, że dzieje się to w pobliżu jakichkolwiek domostw. Krótkie pytanie zadane spotkanemu na podwórku jednego z domów mężczyźnie, „Którędy w stronę urwiska?” szybko pozwoliło rozwiać nasze wątpliwości. Miły pan gdy zobaczył, że jedziemy z Manią ostrzegł nas, z poważnie śmiertelną miną, żeby bardzo uważać. Początkowo nie wzięliśmy sobie jakoś specjalnie do serca jego ostrzeżeń, ponieważ ludzie często przereagowują, jak widzą dziecko. Jednak tym razem po dojechaniu na miejsce zrozumieliśmy, czemu nas ostrzegał. W życiu nie doświadczyliśmy silniejszego wiatru. W momencie, w którym wysiedliśmy z samochodu Mania zaczęła od razu płakać, nie była się w stanie wtulić w Karolę, żeby nie dosięgał jej podmuch wiatr. To właśnie ten moment, w którym należy sobie odpuścić. Podobnie jak w Chile gejzery, tak i teraz postanowiliśmy na zmianę zrobić zwiad po okolicy. Szczególnie, że jest to miejsce lęgowe dla tysięcy maskonurów. Maskonurów niestety nie zastaliśmy, ale 400 metrowe klify, spieniony Ocean i poczucie niesamowitej przestrzeni w pełni nam to wynagrodziły. Choćby tylko dla tego miejsca warto tam pojechać i stanąć nad „przepaścią”, choć przy tak silnym wietrze chyba bardziej odpowiednie słowo to „położyć się” :-).
DSC_0692DSC_0683DSC_0746DSC_0755
No dobrze, ale robiło się już późno, a my wciąż nie wiedzieliśmy, gdzie będziemy spać. Zaraz obok Latrabjarg jest kemping. Mieliśmy nadzieję, że może właśnie tam, na dole, mniej wieje. Niestety myliliśmy się – namiot mógłby służyć jedynie za dobry latawiec. W przewodniku LP autorzy wspominają, że po drugiej stronie klifów jest niesamowita plaża, na której można się rozbić na dziko. Szybko sprawdziliśmy, że do tego miejsca mamy około 40 km górskimi drogami. Drogą eliminacji padło na pobliski hostel w Breidavik, oddalony o 12 km od Latrabjarg. Miejsce idealne, ponieważ maskonury mają w zwyczaju polować na otwartym morzu w ciągu dnia, a wieczorami wracać na ląd, a my planowaliśmy odwiedzić jeszcze raz urwiska około 22:00. Wcześniej jednak urządziliśmy sobie spacer po mokrej plaży. Mania już nie była zainteresowana zbytnio plażą, ponieważ smacznie spała sobie w nosidle.
Niestety późnym wieczorem maskonury również się nie pojawiły :-(. Kładliśmy się spać troszkę zawiedzeni. Już więcej okazji nie będzie żeby zobaczyć te ptaki. Z drugiej jednak strony bylismy bardzo zadowoleni z tego, co dziś udało się nam zobaczyć.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.