Islandia – nasze pierwsze wrażenia

by Mario
Deszcz, deszcz ze śniegiem, śnieżyca, piękne słońce i wiatr. Tak wyglądała nasza pierwsza godzina na Islandii. Wyspa przywitała nas tym, co ma najlepszego: zmiennością. Tu nic nigdy nie jest takie samo, nic nie jest takie, jak wcześniej sobie wyobrażaliśmy. Każde miejsce może wyglądać na 100 różnych sposobów, w zależności od tego, kiedy je odwiedzamy. Niebo może mienić się wszystkimi kolorami tęczy, góry mogą wyglądać albo groźnie i majestatycznie, albo sprawiać wrażenie wielkich łagodnych babek z piasku. Poza tym morze, wulkany, lodowce, ciągnące się w nieskończoność plaże, pola i łąki. No i wiatr – cała Islandia jest jednym wielkim podmuchem wiatru.
Zabukowany wcześniej przez nas domek dostępny był dopiero następnego dnia, więc pierwszą noc na Islandii spędziliśmy w ramach couchsurfingu. Na miejsce dotarliśmy grubo po północy, dzieciaki zasnęły nam w aucie w drodze z lotniska w Keflaviku. Tym, co nas kompletnie zaskoczyło była wielkość domu: mieliśmy wrażenie, że mieszkają tam albo krasnoludki albo ktoś, kto celowo ograniczył swoje potrzeby do minimum. Domek składał się z dwóch małych pokoi, mikrokuchni i mikroskopijnej toalety. Prysznic został ukryty w piwnicy, jednak właściciel domku z niego nie korzystał, bo pomieszczenie miało jakiś metr wysokości. Mył się więc na basenie.  
Noc spędziliśmy na wąskim jednoosobowym łóżku (ja plus dzieciaki) i na materacu rozłożonym na podłodze (Mario), który zajął w pokoju całą podłogę. Na szczęście było bardzo ciepło ;-). W domu był też kot, co wzbudziło ogromną radość u Mani i Jasia. Klementyna towarzyszyła nam przy jedzeniu, siedząc na stole obok kanapek, czasami dawała się nawet głaskać. Tak bardzo nas polubiła, że postanowiła chyba pokazać nam okolicę, czmychając z domu przy pierwszej nadarzającej się okazji. A ponieważ właściciela nie było już wtedy z nami, mieliśmy nie lada problem, żeby przyprowadzić ją z powrotem. Na szczęście dzięki małemu przekupstwu jakoś nam się udało.
Cały wczorajszy dzień spędziliśmy na małych wycieczkach po okolicy: pojechaliśmy zobaczyć wodospady na polu ukształtowanym z zastygłej lawy, podziwialiśmy ogromne góry, obserwowaliśmy dzikie konie (piękne jest to, że zwierzęta na Islandii są tak wszechobecne – świetna sprawa dla dzieciaków) i próbowaliśmy przedrzeć się przez ogromną śnieżycę. Doświadczyliśmy chyba wszystkich warunków pogodowych, jakie mogą być o tej porze na wyspie.
Kiedy późnym popołudniem dotarliśmy do naszego domku pod Akranes , położonego w małej zatoce w cieniu wielkiej góry, odetchnęliśmy z ulgą. W środku było ciepło i przytulnie, przez wielkie okno było widać groźne fale rozbijające się o brzeg, a w dłoniach mieliśmy gorącą herbatę. Do szczęścia brakowało nam tylko zorzy. Ale na nią chyba przyjdzie nam trochę poczekać.
Partnerem wyjazdu na Islandię jest CASAMUDNO.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.