Islandzkie „must have” z Manią

by Mario
Wróciliśmy do rzeczywistości z kraju ognia i lodu. I trochę też takie mam odczucia po przejechaniu dookoła całej Islandii. To kraj, który jest dla mnie pełen skrajnych emocji. Z jednej strony jedziesz i nie możesz się nadziwić, że coś, co właśnie widzisz, widzisz naprawdę :-), i że jest to tak unikatowe, że prawdopodobnie nigdzie indziej na świecie tego nie zobaczysz. Z drugiej strony masz ciągle z tyłu głowy myśl, gdzie spędzisz najbliższą noc, żeby nie zbankrutować, a w naszym przypadku, żeby nie zbankrutować i żeby Mani specjalnie nie narażać. Chyba nawet najwięksi hardcorowcy podróżujący z dziećmi myślą przede wszystkim o ich bezpieczeństwie.
Pomysł spania pod namiotem na Islandii narodził się jeszcze w drodze z Chile, po przeczytaniu tekstów Mery w plecaku. W zasadzie nigdzie w Internecie nie można było znaleźć informacji, co jest niezbędne na biwaku na Islandii, mając ze sobą takiego małego szkraba jak Mania, co się sprawdzi, a co można spokojnie zostawić w domu.
Wiedzieliśmy, że musimy się przygotować na to, że z dużym prawdopodobieństwem będzie padał deszcz. Dlatego podstawa to dobry namiot. I tu niestety jest problem – nie występuje połączenie dobry i tani :-). Sądzę, że namioty z marketu na islandzką aurę można od razu odpuścić. Po zasięgnięciu opinii u róznych osób i dosyć dogłębnym researchu w Internecie wybraliśmy firmę MSR. W Polsce dystrybutor tych namiotów jest jeden, a ceny ma islandzkie :-). Za namiot, który wybraliśmy, musielibyśmy zostawić w sklepie jakies 1600 zł. Ostatecznie, po bezpośrednim kontakcie z producentem przyleciał do nas z Belgii MSR Elixir 3 za całe 800 zł. Sami widzicie, że warto było poszperać w Internecie.
Kolejną rzeczą, która się sprawdziła, były maty samopomujące. Wiedzieliśmy, że muszą być lekkie. Wybór padł na Milo Resto Pro. Super izolowały od podłoża, a i wygodnie się na nich spało. Jedynym minusem było to, że Mania przyjmując dziwne pozycje w śpiworze powodowała to, że albo ja albo Karola spaliśmy połową ciała na macie a połową na ziemi.
W zasadzie każdą rzecz jaką kupowaliśmy i niespecjalnie na niej  oszczędzaliśmy to kupowaliśmy z myślą o komforcie Mani – komforcie, czytaj: cieple.
Jak już pewnie wiecie, nie mieliśmy okazji na Islandii zmoknąć, a co za tym idzie, sprawdzić wodoodporności naszego namiotu. Towarzyszyła nam za to temperatura w nocy w granicach 0 stopni. Dlatego też niezależnie od pory roku przy takim sposobie nocowania sprawdzi się na 100% termofor. 
Kolejną rzeczą obowiązkową, też chyba niezależną od pory roku, jest czapka dla dziecka. Bez tego ani rusz. Jeśli będzie ciepło, to zapewne będzie wiał silny wiatr. Definicja silnego wiatru zmienia się drastycznie po pobycie na Islandii. To, co wieje w Polsce można nazwać lekką bryzą. My miejscami w ciągu dnia mieliśmy nawet 10 stopni, ale wiatr powodował, że czuliśmy jakby było -5. Wiatr też przynajmniej dwa razy uniemożliwił nam rozstawienie namiotu. Niezbędne jest zatem dobry wiatro- i wodoodporny kombineznon. Karola wyszukała takie cudo. Na limango, czy innych popularnych stronach, można kupić je za połowę ceny. Sprawdziło się pod każdym względem. Przede wszystkim pozwalało Mańce czasami poraczkować bez specjalnego uszczerbku na zdrowiu po mało przyjaznym podłożu ;-).
Ważne na Islandii w podróży z dzieckiem jest też myślenie dwa kroki do przodu. Jeśli wiesz, że czegoś ci zabraknie nastepnego dnia, to nie zwlekaj z kupnem do ostatniej chwili, tylko kup dwa dni wcześniej. Może się okazać, że sklep w najbliższym mieście albo czegoś nie będzie miał albo będzie zamknięty albo w ogóle nie będzie sklepu. Nasza historia z pieluchami do wglądu tutaj :-).
Co byśmy zrobili inaczej, jakbyśmy mieli jeszcze raz wybrać się na tę nieziemską wyspę? Myślę, że polecielibyśmy na przełomie lipca i sierpnia, kiedy noce nie są tak zimne. Wtedy noclegi wyłącznie w namiocie, bo cen w hostelach negocjować się już nie da, a i w wielu miejscach pewnie trzeba rezerwować wcześniej.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.