Seyðisfjörður – Akureyri

by Mario
Dzień 6
Żal opuszczać Seyðisfjörður, ale musimy ruszać dalej, na północ. Zostało nam naprawdę mało czasu, bo w planach mamy jeszcze fiordy zachodnie. Dziś mamy zamiar dotrzeć do Akureyri, drugiego największego miasta na Islandii.
Jak może pamiętacie, poznaliśmy na lotnisku w Berlinie wracającą do domu parę Islandczyków, Hallę i Einara z ośmiomiesięczną córeczką, Nathalie. Ich dom znajduje się w pobliżu Akureyri – po tym, jak opowiedzieliśmy im o naszych planach zwiedzania Islandii, zaprosili nas do siebie w odwiedziny. Chcieli pokazać Mani wielką owczarnię, należącą do rodziców Hallii. Wymieniliśmy się telefonami i mailami, zapewniając, że się odezwiemy. No i sie odezwaliśmy, ale z propozycją, żeby nas przenocowali :-). Na szczęście Halla i Einar się zgodzili :-). Jakże inna jest wtedy podróż, kiedy ma się z tyłu głowy, że po intensywnym dniu zwiedzania czeka na nas ciepłe łóżko i domowe jedzenie :-).
Za cel podróży obraliśmy sobie jezioro Myvatn, nazywane klejontem północy. Punktem obowiązkowym są baseny geotermalne. To właśnie dla nich odpuściliśmy sobie Blue Lagoon.  Jak się okazało, tych punktów obowiązkowych jest jeszcze kilka w okolicy. Niestety po drodze, nie wiedzieć czemu, udało się nam ominąć podobno spektakularny wodospad Detifoss. Jak będziecie kiedyś w okolicy, to napiszcie czy warto było i co straciliśmy.
Nie omineliśmy za to basenów :-), ale chwilę wcześniej zatrzymaliśmy się w Hverir. Pole gejzerów robi wrażenie, chyba nawet większe niż sławny Geysir. Mani też się podobało, szczególnie unosząca się wysoko sycząca para z kominów. Gdyby nie to, że strasznie wiało, to zostalibyśmy tam chwilę dłużej, ale też już nie mogliśmy się doczekać kąpieli :-).
Koszt wejścia do gorących źródeł to około 20€ od osoby, Mania oczywiście wchodzi za darmo. Tego było nam trzeba. Woda 38 st.,  Mańka w czapie na głowie (było około 3 stopni) uśmiechnięta od ucha do ucha. Bez wątpienia najlepsze jak dotąd doświadczenie na Islandii. Nie mogłem się wyzbyć wrażenia, że na chwilę przeniosłem się na Kubę, na plażę Cayo Santa Maria.
Wracając jednak do rzeczywistości. Warto okrążyć jezioro i zatrzymać się w kilku miejscach. My zdecydowaliśmy, że chcemy zobaczyć wysoki na 432 m krater wulkanu Hverfell, z obwodem przekraczającym kilometr. Nie można się dojechać pod sam krater. Czekała nas zatem około 2,5 km wycieczka do jego podnóży. Szczerze mówiąc, oboje spodziewaliśmy się czegoś bardziej spektakularnego (pierwszy raz mieliśmy wejść na wulkan! :-)) niż czarna ogromna dziura w ziemi. Sama w sobie nie zachwyciła nas zbytnio, za to widok na równinę i jezioro rozciągający się z krateru już tak. Kolejny krajobraz, który jest całkiem inny od tego, co do tej pory widzieliśmy. Tak jest na Islandii nieustannie. Gdziekolwiek nie pojedziesz, widzisz ciągle coś nowego, nic się nie powtarza.
Objechaliśmy całe jezioro, co rusz zatrzymując się żeby zrobić kolejne zdjęcie.
Dotarliśmy do Fagribear (15 km od Aukreyri) około 19:00. To, co zobaczyliśmy, przeszło nasze najśmielsze wyobrażenia o północnych fiordach. Prze-pię-knie! Tuż przed Akureyri droga zaczyna schodzić ostro w dół, ma się wrażenie, że za chwilę zjedzie się prosto pod powierzchnię połyskującej w słońcu ogromnej tafli wody. Cisza, spokój, prawie żadnego samochodu.
Nie cieszyliśmy się jednak zbyt długo widokiem, ponieważ Mania po raz trzeci zwymiotowała nam w samochodzie. Dopiero teraz połączyliśmy fakty. Nie najlepsze samopoczucie powoduje u niej słynny islandzki jogurt – skyr.
Dom rodziców Halli znajduje się w samym środku Eyjafjörður, miejscu, w którym – jak Halla kilka godzin później nam opowiadała – przypływają wieloryby i bez problemu można je zobaczyć kilka razy dziennie). Kiedy weszliśmy do środka, czekała już na nas pyszna kolacja – smażony łosoś. Łosoś, jakiego chyba jeszcze nigdy nie jedliśmy. Złowiony tego samego dnia, obsmażony tylko z zewnątrz, w środku wręcz surowy, ale za to niesamowicie miękki. Sami w zasadzie nie wiemy, czy był po prostu tak dobry, czy może my, po blisko tygodniu jedzenia „byle czego“, potrzebowaliśmy wreszcie czegoś normalnego, domowego. Tak, czy inaczej, wspominamy tego łososia do dzisiaj :-).
Tak jak Halla obiecała, mimo późnej godziny, poszliśmy do owczarni. 600 owiec, każda w ciąży, zazwyczaj bliźniaczej. Porody odbywają się przez cały maj – w tym czasie kilkuosobowa rodzina nie opuszcza owczarni na krok, pełniąc na zmianę 24h dyżury. Kiedy przekroczyliśmy próg owczarni, śpiąca już trochę Mania od razu się ożywiła. Pierwszy raz widziała taką ilość owiec w jednym miejscu (my chyba zresztą też! :-)). Wszystkie zwierzęta bacznie się nam przyglądały, niektóre beczały, nie mogąc doczekać się porodu, inne doglądały swoje nowonarodzone jagniątka. Halla z Einarem tłumaczyli nam, w jaki sposób opiekują się zwierzętami, jak odbywa się poród (widzieliśmy moment narodzin małej owieczki! Niesamowite!), co się potem dzieje, jak owcze mamy rozpoznają swoje dzieci, itd. Einar przyniósł Mani dwa jagniątka, które urodziły się trzy godziny wcześniej. Oczywiście nasza córka niespecjalnie się bała nowych zwierzaków i natychmiast pogłaskała je w sposób, w jaki głaszcze Makarona. Pacnęła rączką kilka razy każdą w głowę :-). Trzymaliśmy na rękach te maleństwa, głaskaliśmy, zachwycając się tym, że mogliśmy towarzyszyć rodzinie Hallii w tak niezwykłym momencie.
Wracając do domu obejrzeliśmy spektakularny zachód słońca: słońce zachodziło nad oceanem, niedaleko wejścia do fiordu. Niesamowicie w tym miejscu podobno wygląda moment przesilenia letniego, kiedy to słońce w ogóle nie zachodzi. Ale to już zupełnie inna historia.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.