Trekking w Parku Narodowym Vatnajokull

by Mario

Południe Islandii to raj dla lubiących górskie wycieczki. Dziś planujemy trekking w Parku Narodowym Vatnajokull oraz podziwianie lodowej kry spływającej do morza z laguny Jokulsarlon.

Vatnajokull jest to jednocześnie największy lodowiec na świecie leżący poza kołem podbiegunowym. Droga do punktu startowego naszego trekkingu – Skaftafell wiedzie przez największe pustkowie Islandii, Sandar – prawie 1300 km2. To czarna pustynia utworzona przez piaski górskich rzek, które z kolei powstały z topniejącego lodowca.

TREKKING NA VATNAJOKULL – KTÓRĄ TRASĘ WYBRAĆ?

Parku Narodowym z lodowcem Vatnajokull
Lodowiec Vatnajokull
w drodze do parku Narodowego Vatnajokull
Góry, które mija się po drodze do Parku Narodowego Vatnajokull mają najdziwniejsze kształty

W Skaftafell dowiadujemy się, że najdłuższy, ale i najbardziej spektakularny trekking na Vatnajokull jest zamknięty z powodu zalegającego śniegu. Ostatecznie decydujemy się pójść trasą S5, dalej S6 do wodposadu Svarvitofss i wrócić na parking.
Mimo wszystko przed nami i tak dobre pięć godzin spacerów po lodowcu. Momentami, w osłoniętych od wiatru miejscach, można było odnieść wrażenie, że jest 20 stopni. Jednak jak tylko wyszliśmy na otwarty teren, wiatr pokazał na co go stać. Mańka opatentowała do perfekcji proces osłaniania się od wiatru, „zakopując” się w czapce i nosidle.

trekking na lodowcu vantajokull obfituje w takie widoki schodzącego lodowca
Jęzor lodowca Vantajokull widoczny na trasie S5

Widoki są niesamowite. Można wyraźnie zobaczyć, w którym miejscu lodowiec „schodzi” do morza, a nieziemskości tego miejsca dopełnia wodospad Svartifoss, otoczony bazaltowymi kolumnami.

wodospad svartfoss
Svartifoss

TREKKING NA VATNAJOKULL I CO DALEJ? – LAGUNA JOKULSARLON

Na naszej drodze do Höfn, kolejnego i jedynego większego miasteczka, zahaczamy o tzw. „must see”, czyli lagunę lodowcową Jokulsarlon. Potężne lodowe rzeźby przepływają przez wąski przesmyk, żeby wpaść do północnego Atlantyku. Wygląda to dość imponująco, ale uwaga, jest przeraźliwie zimno. Wiatr jest tak przeszywający, że chyba nigdy w życiu tak szybko i tak mocno nie zmarzliśmy. Nieopacznie nie zabrałem rękawiczek ani czapki z Polski, a wydaje się, że są to rzeczy obowiązkowe na Islandii niezależnie od pory roku. Mańka zawsze jak gdzieś wychodziliśmy była ubierana na cebulkę z ostatnią warstwą przeważnie w postaci nieprzemakalnego kombinezonu, chroniącego też od wiatru. 

dziecko na lagunie lodowcowej jokursalon
Laguna lodowcowa Jokulsarlon

GDZIE ZNAJDZIEMY SKLEP?

Jesteśmy wam jeszcze winni uzupełnienie do poprzedniego postu. Wszyscy w Polsce przyzwyczailiśmy się do myśli, że w każdej miejscowości jest czynny jakiś sklep, niezależnie od dnia tygodnia. Na Islandii tak nie jest, a problem ten zauważyliśmy w miejscowości Vik, gdzie chcieliśmy uzupełnić braki pieluch dla Mani. Była godzina 17 w sobotę. Jedyny sklep w mieście zamknął się o 14, a kolejnego dnia w ogóle nie zamierzali go otwierać. Łatwo można sobie wyobrazić, że przetrwanie 1,5 dnia z dwoma pieluchami byłoby dla Mani przeżyciem dość ekstremalnym :-).

Na ulicy w Vik zaczepiliśmy młodą dziewczynę o pomoc. Dowiedzieliśmy się, że najbliższy sklep czynny w niedzielę, jest ok 300 km od Vik (właśnie w Höfn). Ostatecznie pożyczyła nam trzy pieluchy w rozmiarze 7. Mania w porywach chadza w 4, ale lepsze to niż nic. Uratowała nas stacja benzynowa, która pełni rolę takiej naszej Żabki. Kupiliśmy jedyne pieluchy jakie były, czyli w rozmiarze 2 🙂 (za 36 sztuk około 10€).

Kilka razy też podczas naszej podróży złapaliśmy się na tym, że sklepy otwierają około 11, więc o wczesnym śniadaniu, jeśli się nie zrobiło zapasów wcześniej, można tylko pomarzyć.

HOFN – TO JUŻ KONIEC POŁUDNIA ISLANDII

Wracając do naszej historii. Około 19 dotarliśmy do Höfn. Wszystkie te miasteczka  o tej porze roku wyglądają tak samo  i są równie… hmm… przygnębiające – nikogo nie ma na ulicy, od czasu do czasu przejedzie tylko jakiś samochód. Jeszcze bardziej przygnębiające było to, że z opcji zakwaterowania ponownie został nam namiot 🙁 albo samochód. Za radą pracownika kempingu wybraliśmy osłonięte od wiatru drzewami (to rzadkość na Islandii) miejsce do rozbicia naszego namiotu. Chcieliśmy sobie jakoś wynagrodzić ten namiot i postanowiliśmy, że zjemy coś w restauracji. Szybko nasz zapał ostygł gdy zobaczyliśmy ceny. Za danie około 45€ :-(. Dzień skończyliśmy w barze szybkiej obsługi, ja nad kanapka z homara, a Karo nad pieczona rybą z frytkami. Bar nazywa się Hafnarbuðin  – omijać szerokim łukiem :-).

2 komentarze

niesmigielska Czerwiec 1, 2015 - 20:59

nie straszcie mnie, jadę za miesiąc i przez kilka dni będziemy mieli do dyspozycji TYLKO namiot i już nie wiem jak mam się zabezpieczać przed zimnem. z drugiej strony – tyle śniegu wygląda pieknie. najwyżej zamarznę, ale co sie naoglądam przed śmiercią widoków, to moje!

Reply
Mario Czerwiec 2, 2015 - 00:27

Hej,

za miesiąc nie powinnaś zmarznąć. We wpisie na głównej napisaliśmy, że jeśli się tam jeszcze raz wybierzemy to tylko w miesiące letnie i tylko z namiotem. Także do śmierci ci jeszcze daleko, a prawdą jest, że naoglądasz sie rzeczy kosmicznych ;-). Daj znaka jak było po powrocie.
 

Reply

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.