Ejlat

by Mario
Dzień 1
O szóstej rano w mroźny sobotni poranek pojawiliśmy się na lotnisku w podkrakowskich Balicach. To właśnie stamtąd kupiliśmy tanie bilety na lot do Ejlatu, miasta na południowym krańcu Izraela, tuż przy granicy z Egiptem i Jordanią. Na lotnisku, oprócz standardowej odprawy czekała nas jeszcze dodatkowa procedura – restrykcyjne izraelskie przepisy wymuszają na kontrolerach celnych bardzo dokładne przeszukiwanie bagażu rejestrowanego. Dlatego też byliśmy świadkami analizowania zapachów z naszego dużego plecaka :-). Staruszek trochę już z nami przejechał, więc nie mieliśmy stuprocentowej pewności co do jego „zapachowej czystości”
Trzy i pół godziny później wylądowaliśmy w ciepłym, słonecznym Ejlacie. Delektowanie się ciepłem i słońcem zakłóciła pobieżna kontrola paszportowa (jeszcze na płycie lotniska) – kilkunastu pasażerów naszego samolotu zostało wyłapanych przez uzbrojonych strażników i celników, by szczegółowo wypytać ich o cel i szczegóły przyjazdu. My na szczęście bez problemu dostaliśmy się do okienka paszportowego, gdzie po udzieleniu kilku odpowiedzi na standardowe pytania, wydostaliśmy się na parking dla autobusów. Warto przypomnieć, że jeśli nie chcemy dostać izraelskiej pieczątki w paszporcie, która uniemożliwi nam wjazd do kilku skonfliktowanych z Izraelem państw, przed odprawą trzeba wypełnić specjalny druczek, dostępny na granicy.
Do Ejlatu, na kilka dni „nic nie robienia” wrócimy na końcu naszej podróży, dlatego tuż po przylocie chcieliśmy jak najszybciej przejechać do Tel-Awiwu. Lądowaliśmy w szabat, co nie ułatwiło nam zbytnio sprawy. Jeszcze w Polsce znaleźliśmy Eilat Shuttle, który oferuje bezpośredni transfer z Ovdy do stolicy Izraela (35 euro/os). Po wymianie kilku wiadomości z ową firmą okazało się, że musimy Mani również kupić bilet, ponieważ dostanie własny fotelik i, co zrozumiałe, będzie zajmować dodatkowe miejsce.
Za drzwiami lotniska dość łatwo znaleźliśmy mężczyznę, który kierował turystów do kilku autobusów. I tu zaczęły się schody. Do Tel-Awiwu pojedziemy, ale z pięciogodzinnym postojem w Ejlacie oraz przez Jerozolimę. Oczywiście nikt o foteliku dla Mani nie słyszał, a na nasze pytania zadane bezpośrednio szefowi owej firmy, usłyszeliśmy, że wszystkie informacje są w potwierdzeniu rezerwacji – nic takiego tam rzecz jasna nie było. Podsumowując, omijać szerokim łukiem. Tyle w tym wszystkim dobrego, że w Ejlacie była piękna pogoda i morze :-).
To jednak nie koniec przygód. W Tel-Awiwie mieliśmy być przed 19. Tak też umówiliśmy się z naszym couchsurferem Ammonem. Ostatecznie, po niespodziankach z przewoźnikiem, dotarliśmy do niego o 1:30. Schody zaczęły się wtedy, kiedy rozładował mi się telefon, a razem z nim przepadł numer do Ammona. Pomyśleliśmy, że w zasadzie przecież nic się nie stało, pamiętamy adres, a jesteśmy już blisko. Nie przewidzieliśmy tylko, że w bloku naszego gospodarza nie będzie działał domofon… W środku nocy, stojąc pod blokiem z plecakami i śpiącą w nosidle Manią, zaczęliśmy tracić nadzieję, że dostaniemy się do środka. Na szczęście nie wiadomo skąd i jak pojawili się na horyzoncie dwaj panowie, których poprosiliśmy najpierw o pomoc przy domofonie (wszystko było po hebrajsku, więc mogliśmy coś zrobić nie tak), a następnie o dostęp do Internetu na telefonie jednego z nich. Szybko odszukaliśmy numer w systemie couchsurfingu. Chwilę później byliśmy w mieszkaniu Ammona. To był naprawdę długi dzień.

3 komentarze

Andrzej Osowski Styczeń 13, 2016 - 13:25

Jakich kłopotów? Przecież my na osiedlu nic nie wiemy? Podrzućcie info, co i jak.

Reply
Agnieszka Otłowska Styczeń 13, 2016 - 11:22

Cudnie!oby teraz było z górki :-* bawcie się dobrze! Czekam na kolejne relacje

Reply
Aga Nowakówna Styczeń 13, 2016 - 11:16

Tęsknimy!

Reply

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.