Masada i Morze Martwe

by Mario
Dzień 7
Jeśli do tej pory nie uznaliście nas za nienormalnych, to teraz nie będziecie już mieli większych wątpliwości :-). Bo kto normalny budzi się i swoje dziecko o 3:30 w nocy, tylko po to, żeby obejrzeć wschód słońca na pustyni na Masadzie, niedaleko Morza Martwego? No kto? 🙂  Warto także wspomnieć o tym, że  żeby obejrzeć ten wschód trzeba się wspiąć około 470 m ponad poziom Morza Martwego (- 420 m pod poziomem morza). Niby nie dużo, ale jeśli wziąć pod uwagę nasz skład (kobieta w ciąży + dziecko w plecaku) pobiliśmy chyba rekord świata – 42 minuty.
Musimy jednak przyznać, że to, co zobaczyliśmy, było warte każdej wspinaczki i każdej absurdalnej pory pobudki. Masada, na którą się wdrapaliśmy, to legendarne wzgórze położone na Pustyni Judzkiej, na szczycie którego Żydzi bronili się przed Rzymianami w 73 r. n.e. Ostatecznie według jednej z teorii wszyscy obrońcy Masady popełnili samobójstwo, nie chcąc się dostać do rzymskiej niewoli. Dlatego też Masada jest dla Żydów miejscem wręcz świętym, a jej nazwa występuje m.in. w przysiędze jaką składają żołnierze izraelscy („Masada nigdy więcej nie upadnie”).
Marianka całą 103-kilometrową drogę z Jerozolimy na pustynię przespała. Przespała również moment naszej wspinaczki. Obudziła się idealnie tuż przed wschodem słońca. Zastanawialiśmy się wtedy, jak my dotrzymamy jej tempa przez cały dzień, skoro ona wypoczęta, a my z oczami na zapałki :-).
DSC_3530DSC_3535DSC_3544
DSC_3548
DSC_3553
DSC_3560
Nie było jednak tak źle, ponieważ później w malownicznym Parku Narodowym Ein Gedi pozwoliliśmy się jej porządnie zmęczyć – przez blisko 30 minut walczyła z kamieniami w jednym z małych wodospadów w oazie. Miejsce to nie tylko przyciąga turystów. Z racji tego, że jest to jeden z nielicznych terenów zielonych w okolicy można spotkać tam wiele gatunków zwierząt, np. kozy, które skaczą po drzewach albo góralka przylądkowego (taka wielka śmieszna świnka morska). Gwarantujemy, że jeśli wybierzecie się tam z dziećmi, na pewno będą zachwycone.
DSC_3592
DCIM100GOPROGOPR0658.
DSC_3608DSC_3580
Ostatnim punktem tego dnia była plaża w północnej części Morza Martwego. O samym morzu nie będziemy pisać zbyt dużo –  mnóstwo informacji można znaleźć w Internecie. Niestety dwójka z naszej trójki nie pałała zachwytem do tej atrakcji. Mania głównie przez kategoryczny zakaz chlapania nóżkami, a Tata przez fatalne wejście do wody, o które można było sobie pokaleczyć nogi. Nie musimy chyba tłumaczyć jak działa słona woda na rany.
DCIM100GOPROGOPR0668.
DCIM100GOPROGOPR0672.
Wieczorem w hostelu czekała na nas jeszcze jedna atrakcja. Razem z innymi gośćmi Abrahama przygotowywaliśmy wspólną, tradycyjną kolację szabatową. Mania również pomagała (obierała kasztany), ale szybko jej się to znudziło i przeszła do zjadania marchewki i przestawiania naczyń z miejsca na miejsce.  Sama kolacja, poza oczywistą zaletą – jedzeniem, była też dla nas wspaniałym doświadczeniem w poznawaniu kultury i tradycji żydowskiej.
Mania, mimo dość intensywnego dnia, nie mogła sobie odpuścić zabawy z innymi dziećmi w hostelu. Oczywiście pierwsze skrzypce grały poduszki, ale też powodzeniem cieszył się stół do piłkarzyków. Chyba powoli wchodzimy w ten etap, że Marianna w podróży będzie potrzebowała rówieśników. Dobrze, że Jasiek w drodze :-).
DSC_3623
DSC_3625
DSC_3648
DSC_3651

3 komentarze

Nie Usiedzę W Miejscu 11 lutego, 2016 - 19:00

oj tam zaraz „nienormalni” 😉 raczej normalni z pasją:)

Reply
aleksandrakaliszan.com 11 lutego, 2016 - 18:36

magiczne miejsce!

Reply
Our little adventures 11 lutego, 2016 - 18:48

Tak to prawda.

Reply

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.