Santiago de Cuba

by Mario
Ośmiogodzinna jezda nie wypłynęła zbyt dobrze na Karolę, a dodatkowo jeszcze w pokoju dało się wyczuć ostry zapach benzyny. Z właścicielem próbowaliśmy dojść skąd ten zapach. Po 20 minutach szukania okazało się, że w taksówce, którą jechaliśmy wyciekała benzyna w bagażniku, w którym to leżały nasze plecaki :-(. Szybka przepierka plecaka Karoli, bo tylko on przeszedł zapachem benzyny i byliśmy już gotowi do kolacji. Z właścicielem casa spędziliśmy ponad 2 godziny. Super ciekawy człowiek. Opowiedział nam o tym jak się żyje na Kubie, o tym co ludzie sądzą o obecnym reżimie i dokąd zmierza Kuba. To jest właśnie ogromna wartość dodana podróżowania na własną rękę. Nie dowiedzielibyśmy się tylu rzeczy jeżdżąc od hotelu do hotelu z biurem podróży. Śmiesznie musiała wyglądać ta nasza rozmowa, ponieważ pan ni w ząb nie potrafił angielskiego, ja dużo rozumiem po hiszpańsku, ale mało potrafię przekazać, a Karola rozumiała pojedyncze słowa. Nie przeszkodziło nam to jednak w toczeniu dyskusji, być może pomocny okazał się jedenastoletni rum Santiago, którym nas częstował właściciel. Spróbować go było tylko mnie dane, ale umówiliśmy się z panem, że kupi nam po okazyjnej cenie trzy butelki tego zacnego trunku i jedną z nich wypijemy w domu w Polsce, jak już Karola będzie mogła pić. Jak na drugi dzień sprawdziliśmy cena rzeczywiście była okazyjna, okazało się, że on pracuje w fabryce tego rumu.
Czeka nas intensywne zwiedzanie Santiago, ale dzień zaczął się dość niesztampowo. Właściciel casy zaproponował mi, że podrzuci mnie na dworzec żebym kupił bilety na nocny autobus do Santa Clara, swoją MZtką (taki motocykl – dla niewtajemniczonych). Super sprawa, tylko problemem było to, że siedziałem na wysokości rur wydechowych innych samochodów. Po około 3 minutach już nie miałem czym oddychać :-). Kupiłem bilety do Santa Clara i w drodze powrotnej mój kierowca postanowił pokazać mi na szybko kawałek miasta. Widziałem między innymi Monocada Barracks, miejsce pierwszego ataku Fidela podaczas pierwszej nieudanej rewolty z 1953 r. Po rewolucji koszary zostały zmienione w szkolę.

Po powrocie do Karoli, ruszyliśmy pieszo przez zatłoczone i zakorkowane ulice Santiago. Na pierwszy rzut poszła dzielnica El Tivoli, błąkając się po jej uliczkach w niesamowitym skwarze doszliśmy do schodów Padre Pico, następnie na Balcon de Velazquez, z którego to obserwowano statki pirackie. Warto wstąpić dla samego widoku. Dalsze kroki skierowaliśmy do Catedral de Nuestra Senora de la Asuncion. Świątynia ta rzecz jasna jest w renowacji, ale udało nam się wejść. W środku zaczepił nas jeden z robotników, który postanowił nas oprowadzić, na końcu "wycieczki" dostał od nas w podzięce CUCi. Chwilę odpoczęliśmy na placu i zgodnie z sugestią przewodnika ruszyliśmy do muzeum Bacardi – niespodzianka, było zamknięte :-). Santiago ma bardzo duże tradycje związane z rumem, to właśnie tu znajdowała się pierwsza fabryka tego znanego na całym świecie rumu. Po rewolucji zostali zmuszeni do zaprzestania produkcji. Nasz właściciel casy z rozrzewnieniem wspominał tamte czasy. Skoro fabryka zamknięta to została nam przechadzka po okolicznych uliczkach, trzeba to przyznać, że pierwszy raz widzieliśmy na Kubie tak rozśpiewane miasto. Zewsząd było słychać muzykę. Całkiem przypadkiem trafiliśmy do muzeum karnawału 🙂 Nie była to najciekawsza wystawa jaką widziałem w życiu, szczególnie, że nie było słowa po angielsku przy eksponatach. Karola zgłodniała, więc na Plaza de Dolores pierwszy raz weszliśmy do państwowej restauracji. Ja się czułem dość niewyraźnie (w sensie zdrowia), więc wspomogłem się jedynie małym piwem. Jedzenie było bardzo dobre, tak twierdzi Karo, ale mimo wszystko największa atrakcją tej restauracji był jej kelner. Na oko 70 letni, dystyngowany Pan, który pracuje tam od 33 lat. Dość szybko udało się nam złapać taksówkę, która zabrała nas do twierdzy na wybrzeżu. Jest to miejsce bardzo podobne do El Morro w Hawanie, z tą jednak różnicą, że tu się zwiedza samą twierdzę, a nie tylko spaceruje po murach. Wracając spotkaliśmy parę Polaków, których widzieliśmy na dworcu w Camaguey. Okazało się, że chłopak przeżywał w nocy niesamowite sensacje żołądkowe i podobnie jak ja dzisiejszy dzień spędza na wodzie.
Jak już doszliśmy do casy to ja czułem, że muszę natychmiast udać się tam gdzie król chodzi piechotą. Okazało się, że mam i biegunkę i wymioty, w ciągu chwili dostałem gorączki. Była godzina 18:00, o 22:00 mieliśmy autobus przez pół Wyspy do Santa Clara. Karo zjadła w czasie mojej "agonii" kolację, a mnie chwilę później udało się usnąć. Jak wychodziliśmy na taksówkę, to właściciel casy, widząc mnie, zasugerował, że może jednak pojedziemy następnego dnia. Ja się uparłem, że jedziemy dziś i koniec. Na dworcu czekały mnie jeszcze dwie wizyty w łazience (standard szaletu publicznego lat 90-tych).
Na szczęście nie było większych ekscesów podczas nocnej drogi. Dojechaliśmy do Santa Clara.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.