LOPBURI – MIASTO MAŁP

by Mario
Małpy są wszędzie. Wiszą na kablach nad ulicami, skaczą po słupach i koszach na śmieci, siadają na środku chodnika, przyglądając się z zaciekawieniem, jak starasz się je ominąć. Jedzą wszystko to, co ty, dlatego też uwaga na to, co trzymasz w ręku. Za chwilę możesz już tego nie mieć. Witamy w Lopburi, mieście całkowicie opanowanym przez makaki.
20161219_3852
20161219_3871
Jak głosi legenda, małpy żyjące w Lopburi są potomkami boga Hanumana – od co najmniej tysiąca lat zapewniają miasteczku dobrobyt, a jego mieszkańcom przynoszą szczęście. Dlatego też Tajowie nauczyli się z nimi współistnieć, raz w roku urządzając im wielkie święto. Makaki chodzą po ulicy, wylegują się na chodnikach, wiszą na słupach, zaglądają przez okna. Nie boją się nikogo i niczego, tak jakby miasto należało przede wszystkim do nich. Im bliżej świątyni Phra Prang Sam Yot, w której mieszka podobno aż trzy tysiące małp, tym robi się ich więcej. Zaczynamy się czuć lekko nieswojo – wyglądają trochę tak jak hordy bezpańskich psów lub kotów, którymi nikt się nie interesuje.
20161219_386720161219_386620161219_3862
Po krótkiej podróży pociągiem z Ayutthai do Lopburi (60 km) nie za bardzo wiedzieliśmy co nas czeka. W małpim miasteczku zamierzaliśmy spędzić niecały dzień, traktowalismy je jako punkt przesiadkowy do Chiang Mai, do którego mieliśmy jechać nocnym pociągiem. Bagaże zostawiliśmy na stacji i wyruszyliśmy na małe zwiedzanie. Samo Lopburi w zasadzie niczym się nie różni od innych tajskich miejscowości. Gdyby nie wszechobecne małpy, nie byłoby tam nic spektakularnego do zobaczenia. Nam jednak miasteczko utkwiło w pamięci z trzech powodów.
20161219_387220161219_389320161219_388120161219_3903_220161219_3913
Pierwsza rzecz to słodka jak landrynka mrożona kawa serwowana w papierowej torebce. Wypełniony kruszonym lodem worek foliowy zalewa się mieszanką kawy, cukru i skondensowanego mleka. Wkłada się go do torebki papierowej, folię przebija słomką a całość umieszcza się dodatkowo w reklamówce foliowej. Można sobie zawiązać taki pakuneczek albo na kierownicy skutera albo wygodnie trzymać w ręku. Ciekawe, czemu w Europie nikt jeszcze na to nie wpadł? 🙂
Lopburi zapamiętamy również dzięki jedzeniu, którego szukaliśmy dobrą godzinę. A gdy je już znaleźliśmy, ni stąd ni zowąd Mania dostała ataku histerii
20161219_3857
20161219_3887
I wreszcie ostatnia rzecz, która na pewno zostanie długo w naszej pamięci, to prysznic (1,50 zł za osobę) na dworcu kolejowym, który wzięliśmy tuż przed nocną podróżą do Chiang Mai. Kabina prysznicowa mieściła się w toalecie – na ścianie tuż obok sedesu znajdowała się słuchawka od prysznica, więc woda częsciowo spływała również na klapę. Jakkolwiek dziwnie by to nie wyglądało, okazało się sporym ułatwieniem – biorąc prysznic, mogłam oprzeć nogę na muszli, podtrzymując na udzie dzieciaki. Logistyka kąpania się z dziećmi nie należała do najłatwiejszych :-). Kiedy Mania brała ze mną prysznic, Mario rozbierał na ławce na peronie Jasia, pilnując przy okazji naszych plecaków. Na hasło wywoławcze z mojej strony (Skarbie, juuuuż!), przyniósł Jasia, którego wymieniliśmy w drzwiach na owiniętą w ręcznik mokrą Manię. Po chwili operacja z przekazywaniem dziecka została powtórzona. Potem mój szybki przysznic, zamiana przy maluchach i prysznic Mario. Na koniec suszące się ręczniki na plecakach na dworcowych ławkach, kolejny wybuch złości Mani (tym razem chciała uczesać uczesanego już 10 razy wcześniej Jasia), gra w piłkę pustą butelką po soczku i dwugodzinne oczekiwanie na spóźniający się pociąg do Chiang Mai. A wszystko to w towarzystwie mnichów, wałęsających się po peronie bezpańskich psów i kilkunastu gekonów chodzących po ścianach.
To, co nas zobaczyliśmy w pociągu przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Ale o tym w następnym „odcinku” :-).
20161219_3918

7 komentarzy

Emilia Styczeń 16, 2018 - 17:23

W jakim wieku był wasz synek w czasie podrózy? Pytam ponieważ planujemy w marcu Tajlandię (głównie wyspy) a nasz synek będzie miał wówczas 6 mcy , córka 7 lat – szukam podobnych relacji i wskazówek na wyjazd z małym dzieckiem do Azji :)))

Reply
Mario Styczeń 17, 2018 - 23:26

Jasio miał dokładnie 9 miesięcy jak byliśmyw Tajladnii. Z sześciomiesięcznym dzieckiem wydaje się, że powinno być to prostsze do ogarnięcia (bo jeszcze nie zaczyna chodzic).

Reply
Sylwia Niezabitowska Luty 8, 2017 - 08:55

Jak tak czytam o Waszych podróżach i przygodach to oprócz coraz większej, co zrozumiałe, ochoty na takie wojaze, nabieram rowniez odwagi, że da się, że można z dwójką małych dzieci.

Reply
Our little adventures Luty 8, 2017 - 08:58

Strasznie się cieszymy, że dodajemy trochę odwagi! <3 Czasem nam się wydaje, że czegoś nie jesteśmy w stanie zrobić, bo po prostu nigdy wcześniej tego nie robiliśmy. Kwestia przełamania takiej wewnętrznej bariery w naszej głowie. A jak juz to przeskoczymy, to okazuje się, że można robić naprawdę wiele rzeczy razem. I co najważniejsze, czerpać z tego prawdziwą przyjemność! 🙂

Reply
Sylwia Niezabitowska Luty 8, 2017 - 09:05

Dokładnie

Reply
Sylwia Niezabitowska Luty 8, 2017 - 09:06

Dokładnie

Reply
Ilona Wojciechowska Luty 8, 2017 - 11:04

Przecież tam gdzie jeździmy z dziećmi mieszkają dzieci. My tylko na chwilkę, w podróży, gościnnie. Podziwiam Waszą odwagę, ciekawość świata i miłość, bez której nic się nie udaje!

Reply

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.