Zarażamy dzieci Bieszczadami – Kraina Wetlina

by Mario
Są takie miejsca na świecie, do których chce się wracać. Dla nas taką przestrzenią są Bieszczady – jeździmy tam mniej więcej co dwa lata i ciągle nam mało. Staramy się je odwiedzać po sezonie, wczesną jesienią. W tym roku, wyjątkowo, pojechaliśmy w ostatni weekend wakacji. Z punktu widzenia potencjalnego powrotu do stolicy (koniec wakacji i ciągnące się kilometrami korki) nie wydawał się to dobry wybór, ale chcieliśmy zobaczyć zielone Bieszczady, a jednocześnie nie trafić na sam środek turystycznego sezonu.

Wszystko ustalone – Kraina Wetlina

Termin wybrany, nocleg zarezerwowany kilka miesięcy wcześniej i… okazało się, że nie do końca dogadaliśmy się co do terminu, ilości osób i przede wszystkim obecności psa. Na tydzień przed wyjazdem zostaliśmy bez miejsca do spania. Postanowiliśmy wykorzystać potencjał facebookowej społeczności i zapytać na naszej stronie o rekomendacje. Kilkanaście minut później odezwała się do nas Gabriela z Kraina Wetlina z informacją, że mają wolny termin, przyjmują psy i chętnie nas ugoszczą.
Gdy zobaczyliśmy, jak wygląda domek nabraliśmy jeszcze większej ochoty na Bieszczady. Dziwiło nas trochę, że są jeszcze wolne miejsca. Okazało się jednak, że cały kompleks 3 domów został oddany do użytku dopiero w lipcu tego roku. Domki jeszcze pachną nowością i są zrobione ze smakiem i wyczuciem. Wszystko tu do siebie pasuje, począwszy od baśniowych zdobień okien w pokojach, poprzez drewniane, pocięte pieńki nad łóżkami, a skończywszy na pięknie oświetlonej werandzie.
No i te widoki z okien i tarasu! Dzięki temu, że domki położone są na wzgórzu w Wetlinie, z dala od zgiełku głównej drogi, mamy cudowny widok na Smerek. Coś czujemy, że lada moment trzeba będzie tam rezerwować miejsce z rocznym wyprzedzeniem. Makaron też był zachwycony – właściciele mają szczeniaka, z którym nasz pies mógł wariować do woli po okolicznych polach.

Atakujemy Bukowe Berdo

Każde góry wymagają dobrego przygotowania i szacunku. Dlatego też martwiły nas prognozy pogody, które wskazywały na duże prawdopodobieństwo burz w ciągu dnia. Burza na odsłoniętej połoninie na wysokości ponad 1000 m n.p.m. nie jest zbyt przyjemnym doświadczeniem, szczególnie z dwójką dzieci. Stwierdziliśmy, że będziemy obserwować niebo i w razie niepewności pogody będziemy po prostu szybko schodzić.
Bukowe Berdo leży w Bieszczadzkim Parku Narodowym, znaczy to ni mniej ni więcej jak płatny wstęp (6 złotych dorosły) i Makaron zostawiony w domku. Władze Parku z obawy o możliwość przyciągnięcia dzikiej zwierzyny wprowadziły zakaz wchodzenia ze zwięrzetami. Szanujemy i niespecjalnie dyskutujemy. Znaki jeszcze na asfaltowej drodze z Mucznego, gdzie zaczyna się szlak, pokazują, że do Bukowego czeka nas 1,15 h drogi. Przy czym jest dosyć nieprecyzyjna informacja, ponieważ te 1,15h jest do wejścia na połoninę, która jest na wysokości 1201 m n p.m. Dojście do samego szczytu Bukowe Berdo zajmuje 45 minut. Czyli zdobycie Bukowego (1313 m n p.m.) powinno zająć niewiele ponad 2h.
Nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać po naszych dzieciach, bo to ich pierwsze wejście. Przynajmniej my się nastawialiśmy, że to będzie wejście a nie wniesienie. Pierwsze 100 m nie wskazywało jednak, żeby nasze oczekiwania spotkały się z rzeczywistością. Zaczęliśmy ich jednak zachęcać, że tu można wejść na leżący konar, że tam idzie dżdżowanica albo żuk leśny, że trzeba sobie znaleźć kijki do podchodzenia, itd. Krok po kroczku i doszli sami na połoninę, zarówno Jasio, jak i Mania. Było narzekanie po drodze, że nogi bolą, że już długo idziemy, ale udało się nam zbyć te narzekania, obietnicą pięknych widoków, a te rzeczywiście robiły wrażenie, nawet przy tej słabej widoczności, jaka tego dnia panowała w Bieszczadach.
 
Po dłuższej przerwie na połoninie ruszyliśmy, już czerwonym szlakiem, na sam szczyt. Marianka już wtedy wykazywała oznaki snu. W końcu po słowach: „Tata, główka mówi, że już jest zmęczona i chce spać” wylądowała w plecaku, a Jasio nie pozostał dłużny i zażyczył sobie „do Tuli”.
Godzinę później zdobyliśmy ze śpiącymi dziećmi Bukowe Berdo. Zajęło nam to w sumie 3,5 h, a pokonaliśmy blisko 6 km przy przewyższeniu 620 m.

Dwernik Kamień – ścieżka przyrodnicza

Nie chcieliśmy i nie mogliśmy drugiego dnia zostawić Makarona w Krainie Wetlina. Idąc za radą komentujących nasze wpisy na FB, wybraliśmy, według opisów „spacer” na szczyt Dwernik Kamień – położony w Bieszczadzkim Parku Krajobrazowym. Dla odmiany do tego Parku można wchodzić z psami. Chociaż wydaje się nam to śmieszne, że tam niedźwiedź, przez obecność psa, może podejść do nas, a tu już nie, chociaż znaki oczywiście informowały o czymś całkiem przeciwnym. Do tego szlaku przekonała nas też możliwość zejścia inną drogą niż wejścia.
Dwernik Kamień to miał być spacer i szczerze mówiąc, po fakcie, możemy stwierdzić, że był to trudniejszy szlak niż na Bukowe. Być może to efekt „drugiego dnia”, kiedy odczuwamy większe zmęczenie, a może sam szlak, który jest mocno kamienisty jest po prostu mniej wygodny. Dodatkowo okazało się, że zejście inną trasą nie jest oznaczone, a przynajmniej rzut oka na mapę wskazywał, że może zająć dłużej niż samo wejście. Odpuściliśmy i wracaliśmy tą samą drogą.
Tym razem dzieci nie miały ochoty na walkę z górą. Szacujemy, że pół z 3,5 km trasy przeszły same. Drogę w dół już całą praktycznie pokonały na naszych plecach, smacznie sobie śpiąc. Nasza walka z Dwernikiem Kamień trwała w sumie 3,5 h i w sumie wydaje się to mimo wszystko idealny szlak na dzień, w którym trzeba się pożegnać z Bieszczadami.

Gdzie zjeść? Oczywiście w Chacie Wędrowca!

Jeśli jesteście w Wetlinie, to kulinarnym punktem obowiązkowym jest legendarna już Chata Wędrowca. To klimatyczne miejsce słynie przede wszystkim są ogromnych (nie przesadzamy: ogromnych) naleśników z jagodami i bitą śmietaną. My spróbowaliśmy mniejszej porcji i nawet jej nie byliśmy w stanie zjeść w całości :-). Warto jednak spróbować innych przepysznych lokalnych specjałów: placków ziemniaczanych czy pieczonych ziemniaków zapiekanych z serem. No i świeżo wyciskane soki: poezja! Polecamy i małym i dużym.

Szlakiem drewnianych cerkwi

Ten region Polski z uwagi na historyczne wydarzenia i bliskość wschodnich granic, ma jeszcze jedną atrakcję poza górami, wspinaczką i szczytami – szlak drewnianych cerkwi. Chociaż nie są to już cerkwie, a kościoły katolickie. Niektóre są położone w tak klimatycznych miejscach, że aż nie chciało wychodzić z terenu, szczególnie, że przy wielu byliśmy jedynymi gośćmi, co najbardziej podobało się naszym maluchom. Warto się wybrać na ten krótki objazd, chociaż same cerkwie można jeszcze spotkać kilkadziesiąt kilometrów od samego szlaku. Polecamy zacząć od pięknej cerkwi w Chmielu, niedaleko Ustrzyk Górnych. Kilka kilometrów dalej, w Smolniku nad Sanem, znajduje się prawdziwy majstersztyk – jedna z najstarszych cerkwi bojkowskich z XVIII wieku (obok są przepyszne kozie sery – polecamy!). Tę cerkiew koniecznie trzeba zobaczyć.
Ze Smolnika kierujemy się do Michniowca, gdzie na samym końcu wsi, na górce zobaczymy kolejną drewnianą cerkiew, tym razem na planie ośmioboku. Z Michniowca ruszamy na Bystre – kilka minut jazdy samochodem i już jesteśmy na miejscu: przed sporą cerkwią z początku XX wieku zbudowaną w ukraińskim stylu narodowym.
Wracamy do głównej drogi i kierujemy się na Czarną. Zaraz przy drodze na Czarną Dolną zobaczymy górującą nad okolicą, inną niż wszystkie, cerkiew pod wezwaniem św. Dymitra. Świątynia wyróżnia się drewnianą fasadą zakończoną trójkątnym szczytem. My akurat mieliśmy to szczęście i trafiliśmy na wieczorną mszę – mieliśmy więc okazją zobaczyć cerkiew w całej okazałości.
Ostatnią cerkwią, jaką odwiedziliśmy była malutka ale bardzo ładna drewniana cerkiew w Równi – niestety cały teren położony na malowniczym wzgórzu był zamknięty na kłódkę, więc mogliśmy ją podziwiać tylko zza płotu.
Jeździcie w Bieszczady? Jakie są Wasze ulubione miejscówki? My na pewno jeszcze nie raz tam pojedziemy, więc z wielką przyjemnością odwiedzimy Wasze magiczne miejsca. Bo kto raz pojechał w Bieszczady, ten po prostu musi tam wrócić.

********************************************************

Dołącz do nas!

Zapraszamy Cię do naszej grupy na Facebooku Aktywni Rodzice – co fajnego można robić z dziećmi, w której zarażamy energią do rodzinnego podróżowania i aktywnego spędzania czasu z dzieciakami. 

Możesz także polubić profil Our Little Adventures na Facebooku i obserwować nas na Instagramie

Bądźmy w kontakcie! smiley

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.