Lwów

by Mario
My, Polacy, mamy szczególny sentyment do tego miasta. Ciągle postrzegamy Lwów jako część Polski, część trochę tylko przebraną obecnie w inne szaty: żółto-niebieskie. Moje wyobrażenie o tym mieście było, jak myślę o tym po czasie, trochę obarczone obrazami Ukrainy w stanie wojny. Mało kto bowiem zastanawia się, gdzie ten Lwów dokładnie leży – ważne jest to, że jest tam wojna. Jak wspominaliśmy znajomym, że wybieramy się do Lwowa, często padało pytanie: czy tam jest bezpiecznie? Okazuje się, że jest nie tylko bezpiecznie, ale życie kwitnie tam w najlepsze.
Nocleg znaleźliśmy sobie dzień wcześniej dzięki couchsurfingowi. O tym, jak wyglądała nasza droga do Lwowa możecie przeczytać tu. Do mieszkania Nataszy ostatecznie udało się nam dotrzeć po godzinie 21. Mania była już wyraźnie zmęczona naszymi przygodami na przejściu granicznym, dodatkowo nowe miejsce, późna godzina rozdrażniły ją i ostatecznie usypiała ponad godzinę zanosząc się płaczem. Ratunkiem okazała się nasza wspólna obecność.
Rano po płaczu nie było ani śladu – Mania obudziła się w całkiem radosnym i „ciekawskim” nastroju. Za to nam nie było do śmiechu po tym, jak zobaczyliśmy śniadanie przygotowane przez Nataszę. Musimy wspomnieć o tym, że Natasza przeprowadziła się do Lwowa dwa tygodnie wcześniej i przez ten czas non stop przyjmowała couchsurferów. Nie byłoby w tym w zasadzie nic złego poza tym, że mogłaby chociaż się wybrać na małe zakupy – jedyny nóż, jaki był na wyposażeniu mieszkania, był zardzewiały i pierwotnie służył do cięcia tapet :-). Wracając do śniadania: było to chyba najbardziej zaskakujące śniadanie, jakie kiedykolwiek jedliśmy. Natasza zaserwowała nam zimny, rozgotowany ryż ze smażonymi sercami indyczymi przykrytymi zimnym roztopionym żółtym serem. Dosyć szczególne połączenie, pomijając już jego walory smakowe. Jedynie Mani smakowało :-). Serio, Mania z wielkim zapałem wyjadała zimny ryż, bo ani serc, ani twardego jak skała sera, nie była w stanie ugryźć (my zresztą też :-)). Do picia mieliśmy ukraińskie piwo lub herbatę z hibiskuska :-). Wszyscy, poza Nataszą, wybraliśmy herbatę :-). Przy śniadaniu poznaliśmy Filipa, couchsurfera z Serbii, który również nie był w stanie docenić śniadaniowej propozycji Nataszy. Filip nie tknął w zasadzie niczego, poza ryżem :-).
Nie tracąc czasu ruszyliśmy w okolice starego miasta. Naszą przygodę ze zwiedzaniem zaczęliśmy około 9, startując od Wałów Hetmańskich (pomnik Mickiewicza). O tej godzinie miasto w zasadzie budziło się dopiero do życia. Większość sklepów była jeszcze zamknięta, a my rozpaczliwie szukaliśmy kawy :-). Kilka godzin później przeszliśmy przez większość zabytków Starego Miasta. Z racji tego, że byliśmy na Ukrainie własnym samochodem, zabraliśmy ze sobą wózek. Ponownie utwierdziliśmy się w przekonaniu, że wózek bardziej przeszkadza niż pomaga. Kilka razy musiałem go wnosić i znosić po schodach albo walczyć w nierównej walce z brukowanymi uliczkami Lwowa.
Ostatecznie Lwów opuściliśmy koło godziny 16. W sumie dość wcześnie, ale mieliśmy z tyłu głowy, że droga do granicy i wjazd do Polski może nam zająć ponad 5 godzin. Nie było tak najgorzej – przed 20 udało się nam dotrzeć do Zamościa, gdzie u rodziny Karoliny spędziliśmy kolejną noc.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.