„Na zielonej Ukrainie…”

by Mario
Pomysł, jak każdy jeden podczas naszych wyjazdów :-), spontaniczny. Byliśmy w Bieszczadach i w sumie stwierdziliśmy, że do Lwowa mamy stamtąd około 130 km. Przemknęła się nam przez głowy myśl, czemu by nie odwiedzić stolicy dawnej Galicji. Od myśli do czynów u nas dość krótka droga :-).
W tamtym momencie jakoś nie mieliśmy świadomości tego, że odległość do Lwowa powinno się podawać w czasie potrzebnym na dotarcie, a nie w kilometrach. Przyzwyczailiśmy się do tego, że na granicach Europy Zachodniej nikt nas nie zatrzymuje, że na lotnisku wystarczy przeważnie postać w kolejce chwilę, przejść odprawę paszportową i już. Jesteśmy w innym państwie. Lądowa granica polsko-ukraińska przypomina jednak o ciemnych czasach gdy podróżowanie wcale łatwe i przyjemne nie było.
Do przejścia granicznego w Medyce dotarliśmy około godziny 16 w środku tygodnia (ma to, jak się okazało znaczenie). Do przejścia prowadzą trzy pasy, z których jeden tylko stoi, a pozostałe są względnie wolne. Kompletnie zdezorientowani faktem, że dwa są oznaczone dla samochodów osobowych a tylko jeden stoi zatrzymaliśmy się na poboczu. Pytając się kierowców z kolejki dowiedziałem się, że ten drugi wolny to „tax free”.
Postanowiłem spróbować swoich szans i znaleźć strażników granicznych. Po drodze do szlabanów pytałem się kolejkowiczów jak długo trzeba stać żeby wjechać na Ukrainę. Powtarzała się odpowiedź 4-5h. Pomyślałem sobie, że Mańka jest wyrozumiała dla nas podczas naszych wojaży, ale chyba nie aż tak bardzo.
Po kilkuset metrach spotkałem strażników. Uprzejmie zapytałem z pewną niepewnością o przepis, który zezwala podróżującym z dziećmi odprawić się poza kolejnością. Zapytali się mnie tylko w jakim wieku jest dziecko. Na moją odpowiedź zareagowali jakbym co najmniej powiedział, że Karola zaczyna rodzić. Kazali wsiąść do ich  samochodu, dojechaliśmy wspólnie do naszego auta, „rozsunęli” inne samochody z kolejki i razem pod prąd podjechaliśmy pod bramki. Byliśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni ich uprzejmością i pomocą.
Po stronie ukraińskiej trzeba z kolei zebrać stempelki, łącznie trzy na specjalnym świstku papieru. Pierwszy na wjeździe, drugi odprawa paszportowa, trzeci odprawa celna i na wyjeździe oddajemy karteczkę.
Zeszło się nam z przyśpieszoną procedurą jakieś 1,5h i to tylko i wyłącznie zawdzięczamy Mani. Po jakiś 2 km, już na drodze jednopasmowej, nagle wszyscy się zatrzymali. Po 10 minutach stania w jednym miejscu wyszedłem ponownie na zwiady. Na pytanie co się dzieje usłyszałem „Panie awaria”. Tir stanął w poprzek drogi. No ładnie ani do tyłu ani do przodu. Po 40 minutach ktoś wpadł na pomysł, że wszyscy się musimy cofnąć, bo jakieś 700 m wcześniej jest zjazd w pole :-). Przygód co nie miara. Mania super zadowolona, że samochodem osobowym jeździliśmy po terenie przeznaczonym dla ciągnika :-).
Przeszła nam myśl, że w zasadzie powrót też będzie taki sam, ale nie będzie tego komfortu, że można się zawrócić. W ogóle poczuliśmy się bezsilni wobec tego co nas może zastać w drodze powrotnej i zdani na łaskę albo niełaskę strażników ukraińskich.
W Hrebennem, w drodze powrotnej okazało się, że nasze obawy były uzasadnione. Strażnicy ukraińscy wymyślili sobie, że można odprawiać się poza kolejką, ale z dzieckiem do 12 miesięcy. 16 miesięcy Mańki tym razem okazało się za dużo. Kazali się nam wracać do kolejki. Ponownie szybki zwiad i znowu informacja, że czekania jest na 6h. Super! Poczekaliśmy trochę w tej kolejce aż oddalimy się od strażników i ruszyliśmy prosto pod szlaban wolnym pasem. Tam nas zatrzymał strażnik rozdający magiczne karteczki. Na pytanie co my tu robimy odpowiedziałem, że jedziemy z dzieckiem. Na kolejne o wiek Mańki z pełną powagą odpowiedziałem, że 12 miesięcy. Zagrywka dość ryzykowna bo łatwo to można było zweryfikować. Ten strażnik nie miał ochoty weryfikować :-). Kazał się ustawić przed szlabanem. I tak sobie staliśmy 2h 🙂 (dokładnie przed tym ze zdjęcia powyżej). W tym czasie z tej głównej kolejki przejechało może 10 samochodów :-). Podczas tych dwóch godzin jeszcze dwa razy, różni strażnicy się nas pytali o wiek Mańki i kręcili nosami mówiąc, że „starszy zmiany” nie pozwala bez kolejki. Dobrze wiem, co by ich przekonało do wydania nam tego cholernego świstka, ale twardo negocjowałem telefon do starszego zmiany, żeby się nie wygłupiał z jakimiś nowymi przepisami, że stoimy tu 2h i nie będziemy się teraz wracać do głównej kolejki, która już Bóg wie gdzie teraz sięga. Ostatecznie dostaliśmy upragnioną kartkę. W dalszych kolejkach spędziliśmy jeszcze jakąś godzinę, po stronie polskiej dodatkowe 40 min. Po prawie 4h odetchnęliśmy z ulgą wjeżdżając na polską stronę.
 Morał z tego taki, jak jedziecie na Ukrainę to albo róbcie to w niedziele, w środku nocy albo z dzieckiem :-). Koniecznie 12 miesięcznym :-).

1 komentarz

Anonim Sierpień 29, 2019 - 03:40

Tak, a ja z dzieckem 7 misencznym stala w kolejce , z Ukrainy do Polski, Jahotyn , ukrainscy celniki bez kolejki, a z strony Polscy to stala w kolejce 6 god, bo nie ma takih prszepisow…

Reply

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.