Są takie miasta, co do których mamy pewne wrażenia i oczekiwania. I są takie, które kompletnie zaskakują dopiero na miejscu. Szczecin był w naszych głowach już od jakiegoś czasu, ale ta odległość z Warszawy zawsze wygrywała. W końcu nadszedł długi majowy weekend. Ułożyliśmy sobie w głowach plan, rowery na bagażniku kampera i kilka miejsc zapisanych na mapie, a i tak rzeczywistość okazała się zaskakująca – pozytywnie zaskakująca. Nie spodziewaliśmy się, że wrócimy z poczuciem, że właśnie odkryliśmy jedno z najbardziej niedocenionych rodzinnych miast w Polsce.

Bo Szczecin bardzo dobrze przeżywa się z dziećmi. Bez pośpiechu. Bez ciśnienia. Bez tłumów. Z szerokimi alejami i ścieżkami rowerowymi, z naturą, z wody, z pasztecikiem z PRL-u i rowerami, które nagle stają się najlepszym sposobem zwiedzania miasta.


O tym przeczytasz
Szczecin najlepiej zwiedza się rowerem. Z dziećmi też
Z naszego kempingu w Centrum Żeglarskim mieliśmy około 8 km do ścisłego centrum Szczecina. Wyposażeni w mapę spacerów dla dzieci wydaną przez miasto, postanowiliśmy, że zrobimy jedną z tras, ale właśnie na rowerach. Sama mapa nie wygląda jak typowa turystyczna ulotka, bardziej jak zaproszenie do rodzinnego odkrywania Szczecina krok po kroku, z zadaniami, misjami i ostatecznie nagrodą (w centrum informacji turystycznej).




Zaczęliśmy w okolicach Morskiego Centrum Nauki. Obowiązkowo – najbardziej rozpoznawalny punkt Szczecina – przynajmniej dla nas – dźwigozaury. Zaraz za nimi pomnik Krzysztofa Jarzyny ze Szczecina i samego paprykarza szczecińskiego. Czyli na dzień dobry mieliśmy szybką lekcję historii dla naszych dzieci. Do tej pory nie udało nam się ich jednak przekonać do spróbowania paprykarza :).





Szczeciński pasztecik z PRL i buła ze śledziem
Dzieci spróbowały za to innego specjału Szczecina – pasztecika. To jest ta rzecz, o której nawet nie wiedzieliśmy, że istnieje, a która ostatecznie zapada w pamięci. Niekoniecznie z uwagi na walory smakowe, ale ze względu na miejsce, w którym można je zjeść.

Wnętrze wygląda jak zatrzymane w 1969 roku, czyli w tym, w którym bar otwarto. Pomarańczowe lastryko na ścianie, neon, ławy barowe przez środek oraz maszyna z ZSRR. Czy warto zjeść pasztecik? Pewnie, że warto spróbować, zawsze warto. Czy byśmy wrócili – pewnie nie.


Skoro już przy jedzeniu jesteśmy, to wybraliśmy się na poszukiwania drugiego mniej znanego przysmaku Szczecina – buły ze śledziem. Wszystkie tropy zaprowadziły nas do bistro w Centrum Dialogu Przełomy. 1/5 naszego składu jest fanem śledzia, także można powiedzieć, że mieliśmy eksperta na pokładzie. Niech rekomendacją będzie to, że już zdążyliśmy odtworzyć przepis w Warszawie.
Prawie Muzeum Techniki
Wracając jednak do samego miasta. Z dziecięcą mapą w ręku obraliśmy najdalej od nas wysunięty punkt Muzeum Techniki i Komunikacji. Jechaliśmy mocno w naszym trybie – slow. Naszą uwagę przyciągnął niesamowity kształtem biały budynek w parku Kasprowicza nad Rusałką. Zaraz obok, na betonowej kładce nad wodą stoi instalacja wiatraków w kształcie ptaków i ryb. Kiedy wieje, całe rzędy skrzydeł zaczynają wirować, a ten, kto stoi obok, ma wrażenie, że konstrukcja zaraz pojedzie. Zamiast sprawdzić, do której w tygodniu jest czynne muzeum cieszyliśmy się chwilą oddechu, bo dzieciaki na elektrykach postanowiły zrobić sobie zawody w podjeżdżaniu pod wielkie wzniesienie.



Zapewne znacie już koniec tej historii. Muzeum okazało się być już zamknięte jak do niego dotarliśmy. Jeszcze kilka lat temu pewnie by nas to zirytowało, teraz powiedzieliśmy sobie i dzieciakom: trudno zdarza się. Mieliśmy już wtedy ponad 15 km na rowerach. Obraliśmy zatem kierunek Centrum Żeglarskie, ale zanim do niego dotarliśmy, to po drodze ustawiliśmy azymut na Zamek Książąt Pomorskich.

W oczekiwaniu na Maszkarona z Zamku Książąt Pomorskich

Na taras widokowy Zamku Książąt Pomorskich wjeżdża się windą. Widok stamtąd robi swoje, panorama na Odrę, Łasztownię i nowe osiedla po drugiej stronie. Ale tym, co zatrzymało dzieci na dłużej, była głowa wmurowana w zegar wieży zamkowej. Sam zegar przyciąga uwagę w zasadzie od wyjścia z widny. Ta głowa to Maszkaron lub tzw. Szwed (kiedyś oni rządzili Szczecinem), który o każdej pełnej godzinie porusza oczami i otwiera usta. Jeśli akurat będziecie mieli okazje tam być o pełnej godzinie, to bardzo polecamy.


Widok na Szczecin jest jednak lepszy z wieży Zamku. Tu już jednak windy nie było, ale co to dla nas, pokonanie tylu schodków. Na górze byliśmy sami i to miłe uczucie ciszy zakłócał nasz i dzieci burczący brzuch.



Czas wracać do kampera.
Kamperem między żaglówkami w Centrum Żeglarskim
Nasze podróżowanie kaperem jest przeważnie na dziko. Tym razem jednak daliśmy się przekonać do miejskiego kempingu. Jednak nazwa „miejski” to jest duże uproszczenie – wynika chyba tylko z lokalizacji w obrębie miasta. Kamperowisko położone jest nad jeziorem Dąbie, w marinie, w otoczeniu natury. Stąd, jak już wspominaliśmy, macie 25 min rowerem do ścisłego centrum miasta, jak i 10 min nad piękną trasę rowerową wzdłuż jeziora Dąbie. A obok kempingu (5 minut rowerem) znajdziecie też super sauny tuż nad brzegiem jeziora.


Cena za camping w Centrum Żeglarskim za naszą rodzinę (2 dorosłych + 3 dzieci), samochód i prąd to 155 zł za dzień. Trochę zgrzyta nam jednak dodatkowo płatny prysznic rozliczany na minuty. Akurat w naszym przypadku to nie był jakiś duży problem, bo mamy własny prysznic i ciepłą wodę, a samo dopełnianie wody do zbiorników można zrobić nie ruszając się z miejsca.
Podsumowując, wpisujemy Szczecin na naszą listę ulubionych polskich miast.



