Już wiecie, jak wyglądał nasz pierwszy rowerowy dzień w Szczecinie z dziećmi. Długi weekend ma jednak tę przewagę nad zwykłym weekendem, że daje trochę więcej czasu na zgubienie się w mieście i spontaniczne zmiany planów. A Szczecin bardzo szybko pokazał nam, że ma do zaoferowania dużo więcej, niż początkowo zakładaliśmy. Już na miejscu mieliśmy poczucie, że spokojnie moglibyśmy zostać tu jeszcze dwa albo trzy dni dłużej, i że to idealne miejsce na pierwsze podróże.

Bardzo szybko okazało się też, że cały ten wyjazd kręci się wokół jednego motywu. Wody.
To ona wyznaczała rytm kolejnych dni. Raz pod postacią statków, eksperymentów i portowych historii w Morskim Centrum Nauki. Innym razem jako sposób na ogrzanie się po zimnym rejsie po jeziorze Dąbie. A chwilę później prowadziła nas jeszcze głębiej pod Szczecin — do schronów ukrytych pod samym centrum miasta.
O tym przeczytasz
Morskie Centrum Nauki. Miejsce, które naprawdę zrobiło robotę
Morskie Centrum Nauki mieliśmy zapisane na naszej liście jeszcze przed wyjazdem do Szczecina. Problem był tylko jeden: poprzeczka wisiała naprawdę wysoko. Na co dzień mamy przecież Centrum Nauki Kopernik w Warszawie, do którego wracamy regularnie i gdzie dzieci potrafią przepaść na kilka godzin bez ani jednego pytania o powrót do domu. Jechaliśmy więc do MCN z lekką obawą, czy po takim punkcie odniesienia Szczecin będzie jeszcze w stanie czymś nas zaskoczyć.



I zaskoczył. Bardzo.
Najbardziej spodobało nam się to, że MCN nie próbuje na siłę udowadniać, że jest „najnowocześniejsze”. Nie ma tu poczucia, że wszystko musi świecić, piszczeć i walczyć o uwagę dzieci. Wszystko działa dużo bardziej naturalnie. Dzieci po prostu wchodzą w kolejne aktywności z ciekawości. Trochę przez ruch, trochę przez zabawę, a trochę dlatego, że same chcą sprawdzić, co się stanie.




Największym hitem okazało się… szorowanie pokładu. W chwili, kiedy Basia odkryła, że naprawdę można czyścić statek, zaczęła dreptać nogami z ekscytacji i co chwilę pytała, kiedy będzie jej kolej. Chwilę później cała trójka kompletnie przepadła w różnych portowych zadaniach. Nagle stuknęło nam dwie godziny, a my praktycznie wciąż byliśmy w tej samej części wystawy.

Co ważne, to nie jest miejsce tylko dla dzieci. Sporo można poczytać o żegludze, pracy na morzu, fizyce czy ratownictwie. Duże wrażenie zrobił na nas między innymi oryginalny kombinezon ratowniczy z katastrofy Heweliusza. Po serialu Netflixa, ciężko było nie zatrzymać się tam choćby na chwilę.

W Morskim Centrum Nauki spędziliśmy dobre kilka godzin i spokojnie moglibyśmy pobyć tam dłużej. Ostatecznie wygonił nas głód. W końcu nadszedł czas na rybę w mieście portowym, choć bez dostępu do morza.
Fabryka Wody. Z łódki prosto do sauny
Nie ma co ukrywać, że mieliśmy duże szczęście do pogody w Szczecinie. Kiedy rano planowaliśmy zrobić rejs łódką po jeziorze Dąbie, wiedzieliśmy, że mimo pięknego słońca wrócimy przemarznięci. Wiatr nad wodą zrobił swoje i wszyscy potrzebowaliśmy się po prostu ogrzać. Pomysł z aquaparkiem pojawił się właściwie od razu. Dopiero na miejscu zobaczyliśmy, że szczecinianie mają do dyspozycji – poza basenami – bardzo duży kompleks saun (tylko dla dorosłych).
Szczerze mówiąc spodziewaliśmy się tłumów i kłopotów z zaparkowaniem naszego kampervana. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Chyba wszyscy po prostu wyjechali wtedy nad morze albo w góry. Wychodzi na to, że to, że długie weekendy to najlepszy moment na zwiedzanie miast.
Dzieci praktycznie od razu przepadły w strefie wodnych przeszkód i siatek rozwieszonych nad basenami. Co chwilę słyszeliśmy tylko „patrzcie!” albo „jeszcze raz!”, bo oczywiście każdą trasę trzeba było pokonać przynajmniej kilka razy. Kilka razy też zostaliśmy namówieni przez Jasia na wspólny zjazd zjeżdżalnią – polecamy nasz film na YT :-).
Nie bez kozery wspomniałem o tych saunach. One cały czas nam „chodziły” po głowie. Jeśli jesteście z nami dłużej, to pewnie wiecie, że sauna stała się już stałym elementem naszych wyjazdów, ale i codziennego życia. I tu Fabryka Wody jest saunowym rajem. Nie wiemy nawet, ile tych saun tam jest, ale nie da się ich nawet w małej części „obskoczyć” za jednym wejściem. Finalnie skończyło się klasycznie. Jedno jest z dziećmi, drugie idzie do sauny i potem zmiana.
Drugi Szczecin ukryty pod miastem

Na sam koniec zeszliśmy jeszcze pod centrum Szczecina. Dosłownie. Podziemne trasy pod Dworcem Głównym okazały się jednym z najbardziej zaskakujących miejsc podczas całego wyjazdu. Chyba też jednym z tych, które każdy z nas przeżywał trochę inaczej.



Całość jest podzielona na trzy części. Z czego najmocniejszy jest początek. Ciemne tunele, opowieści o bombardowaniach i schronach zrobiły na dzieciach duże wrażenie. Dla Basi ewidentnie było to za głośna, za ciemna część – zimnowojenna. Tu chronili się ludzie podczas nalotów, na ścianach są oryginalne malowidła pokazujące tłok, ciasnotę i czekanie. Dlatego warto być blisko dzieci przechodząc kolejnymi korytarzami i tłumaczyć im własnymi słowami to, czego doświadczamy.


Potem przeszliśmy do części poświęconej czasom PRL-u i atmosfera nagle całkowicie się zmieniła. Dla dzieci były to po prostu dziwne stare przedmioty. Dla nas trochę podróż do świata, który jeszcze pamiętamy z własnego dzieciństwa. To jak tłumaczyliśmy co to PEWEX, że kupowało się na kartki jedzenie albo że trzeba było poprosić o możliwość wyjazdu z kraju na wakacje i z dużym prawdopodobieństwem można było spotkać się z odmową… No powiem Wam, że było to niezapomniane wrażenie. W kilku pokojach sami zatrzymaliśmy się na dłużej, patrząc trochę z sentymentem, np. na puszki po napojach gazowanych ustawione na meblościance. Cudo! Istne lata 80-te, początek lat 90-tych. Co chwilę mówiliśmy dzieciakom, „ooo babcia miała taki sam” albo „to stało kiedyś u nas w domu”.


I chyba właśnie za to najbardziej lubimy takie miejsca. Nagle zwykła wycieczka zamienia się w opowiadanie dzieciom o świecie, którego już kompletnie nie znają.
Pożegnanie nad Jeziorem Szmaragdowym
Ze Szczecina wyjeżdżaliśmy powoli. Nie chcieliśmy wracać ostatniego dnia długiego weekendu majowego do Warszawy, ale też nie chcieliśmy jechać całej trasy na raz. Niby było już trochę za późno na spokojne siedzenie w Szczecinie, ale jednocześnie kompletnie nie mieliśmy ochoty wracać od razu do Warszawy. Popytaliśmy znajomych, co można ciekawego w naturze zobaczyć obok Szczecina i jednogłośnie padało hasło: Jezioro Szmaragdowe.

Nazwa wcale nie jest przesadzona. Woda naprawdę ma intensywnie zielony kolor, taki trochę nierzeczywisty, jakby ktoś dodał do niej farby, choć zależy od pory dnia i ilości światła. Historia tego miejsca jest zresztą równie ciekawa jak sam widok. Kiedyś działała tutaj kopalnia kredy. Po jej zamknięciu wyrobisko zostało zalane wodą gruntową, która zmieszała się z minerałami znajdującymi się w skałach. Właśnie stąd bierze się ten charakterystyczny kolor.


Zrobiliśmy spokojny spacer wokół jeziora. Trasa nie jest wymagająca i spokojnie nadaje się nawet dla młodszych dzieci. Przez większość czasu idzie się blisko brzegu, między drzewami, bez pośpiechu i bez miliona atrakcji po drodze.
I mieliśmy wrażenie, że po tych wszystkich muzeach, schronach i atrakcjach dzieci najbardziej potrzebowały właśnie takiego zwykłego lasu i biegania bez planu.

I może dlatego Szczecin tak dobrze nam został w głowie.
Nie przez jedną spektakularną atrakcję, tylko przez całość. Przez to, że wszystko wydawało się tu spokojniejsze i bardziej naturalne. Że woda jest obecna właściwie wszędzie. Że da się zwiedzać bez ciągłego pośpiechu. Że dobrze żyje się tu także z dziećmi.



