Zdobycie najwyższego szczytu Bieszczad z dziećmi to coś więcej niż tylko odhaczenie punktu na mapie. To poligon doświadczalny dla małych nóg i wielkich emocji. Tarnica bywa kapryśna – raz wita słońcem, raz smaga wiatrem, który chce urwać głowę. Nasze górskie wycieczki z dziećmi nauczyły nas jednak jednego: szczyt jest tylko dodatkiem. Prawdziwa przygoda dzieje się w momentach, gdy trzeba pokonać własną słabość. Oto jak zaplanować wejście na Tarnicę, by nie zniechęcić dzieci do gór, a pokazać im, jaka siła drzemie w ich organizmach.



O tym przeczytasz
Szlak na Tarnicę – którą trasę wybrać z dziećmi?
Na ten najwyższy szczyt Bieszczad możecie się dostać co najmniej z trzech stron czterema możliwymi trasami. Ta nasza listopadowa trasa wiodła z Wołosatego, szlakiem niebieskim w górę i tą samą drogą w dół. Jest to najkrótsza (4,4 km) i najszybsza trasa (około 2,5 h w górę). Nie jest to wybitnie łatwy odcinek. Jeśli jednak nie siedzicie za często w kapciach przed telewizorem, to spokojnie powinniście dać sobie radę.
Drugą opcją jest wejście z Ustrzyk Dolnych lub z Mucznego. Obie trasy mają ponad 8 km w jedną stronę. Jeśli schodzić, to tylko niebieską trasą do Wołosatego. I ostatnią opcją na wejście na Tarnicę jest trasa czerwona też z Wołosatego. Jest to też pierwszy odcinek najdłuższego górskiego szlaku w Polsce (ponad 500 km) – Głównego Szlaku Beskidzkiego.
Tym razem chcieliśmy zdobyć Tarnicę z Wołosatego. Wejście niebieskim szlakiem do przełęczy pod Tarnicą i powrót przez Halicz, Rozsypaniec. Malownicza trasa, ale łącznie przed nami było prawie 20 km. Całość zajęła nam lekko ponad 8 godzin.




Wejście na Tarnicę z Wołosatego (niebieski szlak) – tłum i realia
Już wspominaliśmy, że szlak z Wołosatego zaskoczył nas ilością ludzi. W ten lipcowy dzień, jak na bieszczadzkie standardy było sporo ludzi. Na samej Tarnicy też mały tłumek. Nam jednak zbytnio to nie przeszkadza. W końcu lepsze wyjście w góry, niż zaleganie na kanapie. Widać też po zachowaniu ludzi (np. odpowiadaniu „dzień dobry” na szlaku), że część tych osób, które wchodzą to są typowi turyści nastawieni na zdobycie czegoś „naj”. W tym przypadku najwyższego szczytu Bieszczad.









Najładniejszy szlak na Tarnicę? Pętla przez Halicz i Rozsypaniec
To, co jednak było dla nas supermagiczne i za co kochamy Bieszczady, to odcinek od Tarnicy, przez Halicz, do Rozsypańca. Spotkaliśmy po drodze może łącznie 10 osób, z czego część osób wielokrotnie wyprzedzaliśmy i byliśmy wyprzedzani – każdy szedł swoim tempem. Tym samym mogliśmy poczuć swego rodzaju outdoorową integrację. Nić porozumienia w trudzie wchodzenia.





Zejście do Wołosatego – trudna końcówka (asfalt i zmęczenie)
Zdecydowanie najgorszy moment tej trasy to ostatnie 7 km czerwonego szlaku. Idzie się częściowo po szutrowej drodze, co nie jest jakąś super sprawą. Ostatnie 3 km to już asfalt w czystej postaci. Były warte jednak te ostatnie kilometry tych widoków po drodze i bieszczadzkiego spokoju.
Po przejściu szlaku jednogłośnie uznaliśmy, że robienie go w drugą stronę byłoby pomyłką. Raz, że trzeba najpierw przejść te 7 km po względnie płaskim i trochę nudnym terenie, a dopiero później zacząć się wspinać. A dwa, dużo gorzej się schodzi niebieskim szlakiem niż tym czerwonym.
Tarnica z dzieckiem – jak się przygotować, by wejście było sukcesem?
Bieszczady to nie są pod względem trudności jakieś spektakularne góry, ale nadal są to góry. Dlatego też zawsze trzeba się do takiej wyprawy dobrze przygotować. Pierwsze, co nas zaskoczyło od samego początku, to ilość ludzi na parkingu w Wołosatem, a następnie ilość rodzin, jakie decydowały się wejść na najwyższy szczyt Bieszczad. To chyba magia tego epitetu działa jak magnes i wabik na ludzi i czasami przyćmiewa realny osąd sytuacji i własnego przygotowania.

Po drodze na niebieskim szlaku spotkaliśmy mnóstwo rodzin, które zawróciły z drogi. Bo było za ciężko, a nóżki sześcio- lub siedmiolatka odmówiły posłuszeństwa, a nieść go na rękach albo ” na barana” nie dało rady. Bo okazało się, że jak się wyjdzie ponad koronę drzew i zaczyna wiać wiatr, to jest po prostu zimno. A jeśli ma się tylko krótkie spodenki i thirt i nie ma dodatkowej warstwy docieplającej, albo wystarczającej ilości wody i jedzenia, to wyprawa może się nam nie udać.
My szliśmy we czwórkę (Mania spędzała czas w stajni) i jedna osoba niosła 60-litrowy plecak wypchany po brzegi. Ten nasz ekwipunek później jednak zaprocentował tym, że na szlaku było nam po prostu komfortowo. A jak dzieci mają zaspokojone podstawowe potrzeby, to mają też więcej chęci i energii, by iść i nie narzekać.


Nasz niezbędnik na Tarnicę
Cześć naszego plecaka wypełniło nosidło ergonomiczne – tula. Wiedzieliśmy, że nóżki Baśki (lat 5) nie przejdą tych 20 kilometrów. Ale też chcieliśmy i ją dopingowaliśmy, a na ostatnim odcinku wsparliśmy w samodzielnym zdobyciu Tarnicy. Gdy tylko zaczęliśmy schodzić Basię „odłączyło” w Tuli w ciągu pięciu minut. Obudziła się 1,5 godziny później.
Na sobie – jak zawsze – mieliśmy merynosy Paterns (pisaliśmy Wam o nich wieeeele razy!), a do plecaka spakowaliśmy kurtki Jack Wolfskin (Flaze Jacket dla dzieci a dla nas model Elsberg), które miały za zadanie chronić nas od wiatru, ale też od deszczu, gdyby taki się przytrafił. Ilość razy jakie je wyciągaliśmy i wkładaliśmy, na żądanie dzieci, do plecaka przekraczała zdrowy rozsądek :).
Kurtki chroniące od deszczu i wiatru to nasz must have wyjść w góry.


Dzieciaki i Karolina miały dodatkowo puchówki. Odkąd zaczęliśmy używać polskiej marki Pajak ponad 5 lat temu, to w zasadzie nie rozstajemy się z nimi, sczególnie, że zajmują bardzo mało miejsca i są super ciepłe. Z rzeczy ciepłych, zabraliśmy też ze sobą czapki. Tak jest, w lipcu czapka w górach może się przydać. Nam się przydała, jak szliśmy graniami szczytów, gdzie wiatr przysłowiowo urywał nam głowę. Przydawała się też na przystankach, gdzie człowiek spocony lub zgrzany traci ciepło bardzo szybko.





Na wyjście spakowaliśmy też około 6 litrów wody oraz termos z herbatą. Zwyczajowo już, dzieciaki u nas niosły swoją wodę w bukłakach, które miały w plecaku Thule Uptake Youth. Do tego dorzucaliśmy po kanapce dla każdego, paczkę kabanosów, jabłka i nektarynki, banany, orzechy i batony energetyczne.
Dlaczego dzieci marudzą w górach?
Z naszego doświadczenia wynika, że dzieci rzadko marudzą 'bo góra jest wysoka’. Marudzą, bo:
- Jest im zimno/gorąco (termoregulacja!).
- Spadł im cukier (głód).
- Nudzą się. Nasz ekwipunek (kurtki, jedzenie) to nie gadżeciarstwo – to narzędzia do eliminacji tych trzech problemów. Dobra kurtka chroniąca od wiatru na grani to różnica między płaczem a zachwytem widokiem.



Tarnica czy inne szczyty? Gdzie jeszcze zabrać dzieci w Bieszczadach?
Tarnica to królowa, ale bywa wymagająca. Jeśli czujecie, że Wasze dzieci potrzebują czegoś na 'rozruch’ lub pogoda jest niepewna, Bieszczady mają łagodniejsze oblicza. Na pierwszy ogień z maluchami polecamy Połoninę Wetlińską widoki są równie spektakularne, a podejście bywa łaskawsze. Jeśli szukacie ciszy i miejsca, gdzie legalnie wejdziecie z psem (co w Parku Narodowym jest rzadkością), Waszym celem powinien być Dwernik Kamień. Z kolei na szybki zachód słońca, który nie zmęczy małych nóg, zawsze wybieramy Małą i Wielką Rawkę. Każda z tych tras uczy dzieci czegoś innego o górach – warto dawkować te emocje.









2 komentarze
Uwielbiam Bieszczady zwłaszcza jesienią. Gratulacje dla dzieci!
Brawo dla dzielnych dzieciaków! Czekamy na wpis z wyprawy Jasia z tatą w Góry Świętokrzyskie