Wyobraźcie sobie szmaragdową wodę i piasek tak sypki i delikatny, że przypomina mąkę. Brzmi jak Karaiby albo rajskie wyspy w Azji, a tymczasem takie krajobrazy można znaleźć zaledwie dwie godziny lotu z Warszawy, na południu Włoch. Kiedy planowaliśmy nasz włoski przystanek w ramach zagranicznych podróży z dziećmi, Apulia kusiła nas najdłuższą linią brzegową w kraju. Zderzenie z plażową rzeczywistością było jednak fascynujące i pełne skrajności. Byliśmy w takim szoku, że postanowiliśmy pokazać Wam, jak wyglądało nasze rodzinne plażowanie zarówno po stronie jońskiej, jak i adriatyckiej półwyspu.
O tym przeczytasz
Piaszczyste wybrzeże czy strome klify? Dwa oblicza plaż w Apulii
Już pierwszego dnia zrozumieliśmy, że w Apulii wybór plaży to tak naprawdę wybór dwóch zupełnie różnych wakacji. Strona adriatycka (ta poniżej Bari, bo tę mieliśmy okazję zobaczyć) to plaże przeważnie skaliste, chociaż zdarzają się niesamowite piaszczyste perełki (opisane niżej).
Każda plaża, na której byliśmy, ma część publiczną i prywatną i są one dość dobrze oznaczone. Najłatwiej je rozróżnić po parasolach. Ta druga ma jednakowego koloru parasole i na pewno wejście na nią jest płatne. Ceny za dwie osoby, dwoje dzieci, dwa leżaki i parasol zaczynają się od 20€, a kończą na 50€. Sami przyznacie, że jest to dość kosztowna impreza, szczególnie, że trzeba dodatkowo płacić np. za prysznic (SIC!). Jednak jeśli nie lubicie tłumów, to w sezonie lipiec – sierpień płatne plaże mogą być od nich wybawieniem.

Plaże piaszczyste koło Taranto i Gallipoli (zachodni brzeg Salento)
Osobiście uważamy, że zachodni brzeg Salento to zdecydowanie lepsza strona na plażowanie. Szmaragdowe wybrzeże wita nas już zaraz za Taranto i kończy się na samym południu obcasa. Zaraz za samym Taranto znajdziecie Spiaggia (włoski: plaża) Del Gabbiano, wąską i dość zatłoczoną plażę. To tu pierwszy i ostatni raz wypróbowaliśmy płatne plażowanie.
Gdy ruszyliśmy dalej na południe stwierdziliśmy, że warto było przejechać kilkadziesiąt kilometrów w kierunku Gallipoli, żeby doświadczyć bardziej spokojnych i przyjemniejszych miejsc. Wzdłuż wybrzeża, zaraz przy drodze rozciągają się niesamowite połacie piachu i lazurowej wody.



Przed samym Gallipoli nie może zabraknąć chyba najładniejszej z plaż, jaką odwiedziliśmy Torre Lapillo z nieziemsko szmaragdowo-lazurową wodą, ale niestety do godziny 13:00, niesamowicie zatłoczoną. To tu złapała nas jedyna w czasie naszego wyjazdu ulewa.
Poniżej Gallipoli, z polecenia, trafiliśmy na plażę, Maldive del Salento – dość wąską, ale za to ze spokojną wodą. Niczym szczególnym się nie wyróżniającą. W czasie sjesty można powiedzieć, że opustoszałą.





Ostatnią plażą, jaka odwiedziliśmy w Apulii, była jednocześnie najbrzydsza (brudny piasek), ale najmniej zatłoczona (prawie pusta) plaża Torre Mozza – wybrana spontanicznie za pomocą mapy google.

Skakanie do wody i wulkaniczny pył, czyli plaże w skale (wschodni brzeg)
Ilością piaszczystych plaż nie zachwyca, ale nie ilość jest ważna w tym przypadku, a większe znaczenie ma spektakularność. Warto wspomnieć o pocztówkowej plaży w Polignano a Mare. My jednak wybraliśmy inne plaże. Na Spiaggia Alimini jechaliśmy, jak na zwykłą plażę. Korki i parkowanie na dziko nie zwiastowały nic specjalnego, a wręcz zachęcały do porzucenia myśli o plażowaniu. Okazało się, że trafiliśmy na plażę, którą usypali kosmici. Tak, tak kosmici. Nigdy wcześniej nie widzieliśmy takiej plaży. Piasek na niej jest jak pył wulkaniczny – czarny. Ma się wrażenie, że chodzi się po mące, a jakakolwiek interakcja z nim zostawia swój ślad na skórze. Jest jak piasek kinetyczny (dla rodziców powinno być to znane pojęcie) – pierwszy upadek Jasia i możecie sobie wyobrazić jego wygląd.

Drugą plażą, a raczej skałą, na której rozkłada się koc, jest miejsce równie spektakularne, co Alimini – Grotte della Poesia. Dziura w skale, do której można skakać. Żałowaliśmy, że nie wzięliśmy ze sobą strojów kąpielowych, bo sami chętnie byśmy skoczyli na przysłowiową „bombę”. Jasia i Manio siedzieli tam jak zaczarowani, nie chcieli odejść, ciągle obserwowali skaczących. Warto tu przyjechać poza weekendem i przed godziną 10:00.



Ciekawostką na południu półwyspu Salento są plaże (baseny) naturalne. Są to wydrążone przez wodę miejsca w skalistym wybrzeżu, do których wpływa woda morska. Ręczniki rozkłada się na skałach, a co bardziej wytrwalsi „plażowicze” znajdują sobie miejsce do odpoczynku na miejscach dość trudno dostępnych, do których trzeba dopłynąć. Jedno jest pewne – wygląda to niesamowicie.




1 komentarz
Właśnie przerabiam ten sam temat :) Nam się chyba najbardziej podobała plaża Torre dell’Orso na wschodzie (ale w lecie zatłoczona) i w okolicach Torre San Giovanni – kilometry białego piasku, wydmy, łagodne zejście i cieplutka woda. No raj! Zapraszam pod koniec tygodnia na mój wpis :)