San Pedro de Atacama

by Mario
Dzień wcześniej, wieczorem, dotarliśmy do San Pedro de Atacama. Mimo że ciągle byliśmy na tej samej pustyni, to jednak bliskość Andów sprawiła, że krajobraz uległ znacznej zmianie. Monotonne pustkowia zostały zastąpione przez piaszczyste wzgórza, strome podjazdy i prawdziwie księżycowy krajobraz. Nasza cytrynka dawała sobie ledwo radę z tymi podjazdami, co wzbudzało nasze obawy o ewentualne eksplorowanie terenu w wokół San Pedro. Ale po kolei.
DSC_7651DSC_7765DSC_7761
Na pierwszy ogień wybraliśmy podróż na Salar de Atacama, położony około 50 km na południe od San Pedro. Jest to trzecie największe na świecie solnisko, otoczone z jednej strony Andami, z drugiej zaś majestatycznymi wulkanami, w tym najaktywniejszym wulkanem w Chile – Lascarem.
Solnisko robi piorunujące wrażenie. Pofałdowany teren pokryty drobinkami soli odbija światło tak mocno, że konieczne są okulary (Mariannę musieliśmy przykryć chustą, co chroniło ją dodatkowo od słońca).
DSC_7658DSC_7682DSC_7687
Główną atrakcją salaru jest Laguna Chaxa. Wszystkiego można się było tutaj spodziewać, ale nie tego, że pośrodku żaru lejącego się z nieba i braku jakichkolwiek form życia (poza turystami :-)),  spotkamy tam flamingi. Ptaki te brodzą w płytkiej zasolonej wodzie, żywiąc się skorupiakami, które dzięki ewolucji potrafią przetrwać w tak nieprzyjaznym środowisku wiele lat. Na lagunie spędziliśmy około 40 min, po czym wyruszyliśmy do dwóch kolejnych lagun – Miscanti i Miniques. Problem, jaki wiąże się z tymi miejscami polega jednak na tym, że znajdują się one na wysokości 4300 m. n.p.m.
DSC_7718DSC_7724
Jeszcze w Polsce odwiedziliśmy lekarkę medycyny podróży, która okazała się być osobą bardzo niekompetentną. Na pytania o to, do jakiej wysokości można bezpiecznie wjechać z dzieckiem albo jaki czas jest potrzebny na aklimatyzacje odpowiadała jednym zdaniem: „nie polecam” (tak jak „nie polecała” wyjazdów poza Polskę z małym dzieckiem, latania samolotem i podróżowania pociągiem…). Internet w tych sprawach też nie jest zbyt precyzyjny. Jedni piszą o 2500 m n.p.m., inni o 3500 m. n. p. m. Stwierdziliśmy zatem, że jeśli nie spróbujemy, to nigdy się nie dowiemy, na jaką wysokość możemy z Manią wjechać i jak reaguje jej organizm.
Z Laguny Chaxa (ok. 2300 m.n.p.m.) zaczęliśmy się powoli wspinać w kierunku Socaire (3500 m.n.p.m). Zdecydowaliśmy, że zatrzymamy się tam na dłuższą chwilę, by poobserwować Manię i przy okazji coś zjeść. Znaleźliśmy przy drodze małą jadłodajnię, w której do wyboru były dwa dania: kurczak lub indyk. Wzięliśmy więc oba :-). Posiłki okazały się nie tylko bardzo smaczne, ale też niezwykle tanie (2000 CLP ~ 12 zł na osobę!). Mania nie wykazywała żadnych oznak choroby wysokościowej, podjęliśmy więc decyzję, że próbujemy dalej.
Kiedy wjechaliśmy kilkaset merów wyżej, krajobraz zmienił się diametralnie. Góry mieniły się kilkunastoma odcieniami brązów i czerwieni, stoki porastały szafranowo-słomkowe kępy traw (puna), a kolory kamieni przechodziły od stalowoszarych po marengo i ochrę. Wszystko to bardzo silnie kontrastowało z błękitem nieba, rozmytą bielą chmur i czernią asfaltu. Czuliśmy się jak w jak w alternatywnej rzeczywistości. Fantastyczne uczucie! :-).
Kiedy jednak osiągnęliśmy nasze laguny (prze-pię-kne!!!), Mania dosłownie po kilku minutach zaczęła się nam „przelewać” w rękach. To chyba najtrafniejsze określenie – zdawała się być nieobecna i nie mogliśmy jej rozbudzić. Czym prędzej zaczęliśmy więc zjeżdżać w dół – jedyne remedium na takie objawy. Po kilkunastu minutach było już dużo lepiej. Po godzinie była taka jak zawsze – uśmiechnięta i pełna życia. Już wiedzieliśmy, że nie zabieramy Marianki na gejzery El Tatio, które mieliśmy w planie na kolejny dzień.
W okolicach SPdA znaleźliśmy się ponownie około godziny 17:00. Nie chcieliśmy w zasadzie tracić popołudnia, szczególnie, że słońce zachodziło ok 21:00. Postanowiliśmy, że pojedziemy do miejsca, które każdy, kto znalazł się na Atacamie, musi zobaczyć – Valle de la Luna (Dolina Księżycowa). Po drodze jednak zdecydowaliśmy się zahaczyć o Valle de la Muerte, czyli Dolinę Śmierci. Rozciąga się ona na szerokości od 6 do 15 km, a długa jest aż na 165 km. Nazwa Doliny prawdopodobnie wzięła się  z braku warunków do rozwoju jakichkolwiek form życia, a zgubienie się w wąskich korytarzach skalnych skutkuje tylko jednym – śmiercią.
Powietrze w przejściach skalnych było bardzo mocno rozgrzane, a uczucie gorąca było jeszcze bardziej potęgowane przez brak jakiegokolwiek powiewu wiatru. Stwierdziliśmy, że raczej nie pozostaniemy tu długo, szczególnie, że aby zobaczyć coś więcej poza skałą z lewej i skałą z prawej strony, trzeba było wspinać się po grząskim piasku lub ostrych skałach.
DSC_7773DSC_7781
Nie zabrakło też elementów humorystycznych. Oprócz nas w Dolinie Śmierci była kilkuosobowa grupa, a wśród niej jeden chłopak, który wyglądał, jakby znalazł się w tym miejscu wbrew własnej woli – usilnie próbował się stamtąd wydostać niekonwencjonalnymi drogami. Wspinał się po piachu,  wciskał się w wąskie przejście skalne, eksplorował każdą możliwą szczelinę. Wszystkich swoich wyczynów dokonywał w japonkach, które co chwilę gubił, co dopełniało komiczny wizerunek :-).
W drodze do Doliny Księżycowej, która znajduje się w odległości około 10 km od głównej drogi prowadzącej z Calamy do SPdA mijaliśmy bardzo dużo osób na rowerach. Zresztą przewodnik sugeruje, że pokonanie tej trasy na dwóch kółkach jest bardzo dobrym pomysłem na spędzenie miłego popołudnia. Miny ludzi, których mijaliśmy, nie sugerowały jednak, że wiedzieli, na co się decydują. Przede wszystkim piaszczysto-kamienista droga nie obfituje w specjalne widoki. Prawdę powiedziawszy, wokół jest tylko pusta przestrzeń :-). Temperatura, mimo zbliżającego się wieczoru, wciąż była wysoka (ok. 28 st.). Lubimy rowery, ale akurat wtedy cieszyliśmy się, że mamy naszą cytrynę :-).
DSC_7809DSC_7849DSC_7817
Samochód dawał również jeszcze jedną przewagę w zwiedzaniu. Momentami byliśmy kompletnie sami – pierwsza tura zorganizowanych wycieczek już wróciła do San Pedro, a druga jeszcze nie nadjechała. W głównym punkcie widokowym na „Wielkiej Wydmie”  byliśmy praktycznie tylko my. Mania dzięki temu miała okazję w spokoju posiedzieć sobie na grzbiecie wydmy :-). Widoki są rzeczywiście majestatyczne, choć są też miejsca, które raczej nie są warte zobaczenia. Do takich na pewno można zaliczyć formację skalną pod nazwą Tres Marias. Możecie ją obejrzeć na zdjęciu poniżej. Jest to punkt w zasadzie na samym końcu Doliny – trzeba trochę się najechać, żeby dotrzeć w to miejsce. Jak się tam znaleźliśmy, to od razu pomyśleliśmy, że gdybyśmy mieli się tu „tłuc” rowerami, to byśmy się nieźle wkurzyli na te trzy kikuty wystające z ziemi :-).
DSC_7870DSC_7794
To był chyba najbardziej intensywny, pod wieloma względami, dzień z całego naszego wyjazdu. Do późnego wieczora jeszcze dyskutowaliśmy o tych widokach, kolorach, lagunach, wikuniach i o chorobie wysokościowej Mani. Atacama zrobiła na nas piorunujące wrażenie, może dlatego, że w ogóle nie przywykliśmy do takich krajobrazów i takich zaskakujących atrakcji. Już nie mogliśmy się doczekać następnego dnia. 
Po przygodach wysokościowych Mani z poprzedniego dnia, było jasne, że jeśli chcemy zobaczyć gejzery El Tatio, będziemy musieli zobaczyć je oddzielnie. Mimo wynajętego samochodu zdecydowaliśmy, że skorzystamy z usług agencji turystycznej – nasza gospodyni i pracownicy informacji turystycznej przekonywali nas, że konieczne jest auto z napędem 4×4). Jak się jednak przekonaliśmy, droga do gejzerów może nie jest gładka jak autostrada, ale da się tam spokojnie wjechać osobówką. Agencje wożą turystów zwykłymi busami (typu Mercedes Sprinter).
Kiedy wychodziłem z pokoju, Karo i Mania smacznie sobie spały. W zasadzie całe San Pedro jeszcze spało –  wycieczki startują o 4:00 rano. Pobudka w środku nocy nie należy do najciekawszych rzeczy na wakacjach :-). W tym przypadku jednak jest konieczna, ponieważ dzięki różnicy temperatur o tak wczesnej porze, doskonale widoczna jest para wodna, która wydobywa się z gejzerów.
Jazda do El Tatio trwa jakąś godzinę. Mimo że dzień wcześniej nie odczuwałem żadnych dolegliwości związanych z wysokością, tym razem brak śniadania i jakichkolwiek płynów spowodował, że jak tylko tworzyłem oczy (niemal całą drogę przespałem), czułem, że cały mój żołądek znajduje się w okolicach gardła. Jakoś jednak udało mi się dotrwać do przystanku w okolicach kasy na gejzery (5000 CLP ~ 30 zł).
DSC_7878DSC_7928DSC_7902DSC_7915
Pierwsza rzecz, jaka zadziwia, to tłumy ludzi, które tam zjeżdżają. Drugą jest uczucie zimna. W moim przypadku i tak podobno było znośnie bo zaledwie -5 stopni Celsjusza. Początkowo to właśnie z szarówką i zimnem mój organizm walczył najbardziej. Nie miałem jakoś też specjalnie ochoty biegać od jednej dziury w ziemi do drugiej, bo po prostu źle się czułem. Wszystko jednak się zmieniło w momencie, kiedy za górami zaczęły się pojawiać się pierwsze promienie słońca. Wtedy zrozumiałem, że ta ranna pora nie jest związana jedynie z „efektem pary”, ale przede wszystkim z tym ze wschodem słońca. Wschodzące słońce dało bardzo dużo, przede wszystkim zrobiło się cieplej, okazało się, że niebo jest błękitne, a para wydobywająca się z gejzerów stała się idealnym tłem dla zdjęć :-).
Około godziny 8:00 większość wycieczek udaje się w drogę powrotną. Zastanawiało mnie czemu zatem powrót do San Pedro planowany jest na 12:30. Tajemnica szybko się rozwiązała. W drodze powrotnej jest jeszcze m.in. obserwacja zwierząt – dzikie wikuni, hodowlanych lam i viscachy (połączenie szynszyla z zającem) i wiele innych.
DSC_7998
W programie są też odwiedziny wioski Machuca, która w zasadzie żyje tylko dzięki turystom. Główną atrakcją jest możliwość spróbowania mięsa z lamy. Pewnie większość z was w tej chwili się oburza, jak to z lamy?! Karo też zrobiła skwaszoną minę, jak usłyszała, że nie omieszkałem spróbować serwowanej potrawy. Lama może i jest miła i sympatyczna, ale jest też na pewno zwierzęciem hodowlanym, a jednym z celów tej hodowli jest dostarczenie mięsa. Swoją drogą, bardzo dobrego i zdrowego mięsa, w Europie osiągającego zawrotne ceny. Szaszłyk z lamy jest również w zawrotnej cenie 2500 CLP ~ 15 zł J.
Zgodnie z rozkładem, o 12:30 byłem już przy naszym mieszkaniu. Dotarłem lekko niewyspany, za to dziewczyny pełne życia rwały się do wyprawy na kolejną atrakcję – do gorących źródeł (Termas de Puritama). Z San Pedro jedzie się tam około godziny. Ostatnie 400 m, zaraz za kasą (9000CLP ~ 54 zł/os) to prawdziwe wertepy. Wtedy pomyśleliśmy sobie, że przydałby się nam samochód 4×4 :-).
Termy – małe jeziorka – rozmieszczone są na kilku poziomach, każdy z poziomów ma inną temperaturę wody. Najcieplejsza jest w ostatnim i ma 33 st. C. Wydawało się nam to dość głupie, że idziemy się kąpać w źródłach termalnych, których temperatura jest niższa niż temperatura powietrza. Jednak chęć popływania z małą była silniejsza od naszych wątpliwości :-). Ku naszemu zaskoczeniu, w trakcie przejścia z jednego basenu do drugiego, było nam jednak strasznie zimno. Wszystkiemu winien był wiatr i wysokość (ok 3200 m n.p.m.) Dlatego też Mania była przenoszona w ekspresowym tempie pomiędzy basenami. Z jednej strony ze względu na zimno, z drugiej na rozgrzane deski, po których się stąpało. Były tak gorące, że niemal po nich biegaliśmy! 🙂 Jedyną wadą (albo zaletą :-)) term jest brak jakiejkolwiek, oprócz toalet i przebieralni – infrastruktury wokół. Po mniej więcej 1,5 godz. zaczął nam doskwierać głód. Nie wzięliśmy niestety nic ze sobą – była 16:00 a ostatnią rzeczą, jaką zjedliśmy, było śniadanie. Jedynie Marianna niespecjalnie musiała się martwić o zapasy :-).
DSC_8016
Tego wieczoru musieliśmy jeszcze dokonać istotnego zakupu. Następnego dnia Karo miała zaplanowaną wycieczkę na El Tatio, a nie mieliśmy ze sobą ani laktatora ani butelki. Osiem godzin bez mleka dla małej mogło się okazać dużym wyzwaniem. Ostatecznie kupiliśmy mleko modyfikowane. Czy się przydało, już w następnym poście :-). Skończyłem jak w dobrym serialu :-).
Zwiedzania oddzielnie ciąg dalszy. Jak już wspominaliśmy tym razem ja (Mario) zostałem w San Pedro smacznie śpiąc z Mańką, a Karola pojechała oglądać gejzery. Mój plan na dziś to się wyspać albo przynajmniej sprawić żeby Marianna spała jak najdłużej :-). Myślę, że spisałem się na medal, choć nic szczególnego nie zrobiłem hehe. W zasadzie to nawet musiałem obudzić Manię o 9:30 bo ominęłoby nas śniadanie. Nie zmienia to jednak faktu, że ostatni raz mleko mamy dostała o 4 rano.  W pogotowiu miałem 2,5 kg sproszkowanego mleka modyfikowanego (nie było mniejszych opakowań 🙂 – 20000 CLP~120 zł), którego szczerze mówiąc nie chcieliśmy używać ponieważ Mania nigdy go nie dostawała. Udało się! Po połowie mango, godzinnym spacerze, chwili płaczu dotrwaliśmy jakoś do 12:30.
W tym czasie jak ja walczyłem o spokój córki, Karo zwiedzała pole gejzerów. Standard jej wycieczki, korzystała z innej agencji turystycznej, odbiegał jednak od mojej. Przede wszystkim nie dojechali do El Tatio przed wschodem słońca, przewodniczka też nie miała swojego dobrego dnia i ostatecznie po powrocie do SPdA zostawili wszystkich na głównym placu zamiast rozwieźć wszystkich do ich hoteli/hosteli.
DSC_8065DSC_8068DSC_8083
Nasz „program” tego dnia nie dobiegł jednak końca. Z atrakcji, które dostarczają okolice San Pedro została nam jeszcze do zobaczenia Laguna Cejar. Miejsce wyjątkowe. Turkusowa woda stanowi niesamowity kontrast z pustynnym krajobrazem i błękitem niebem. Jak tak człowiek stoi nad brzegiem takiej laguny to nachodzi go pytanie, „jak to w ogóle jest możliwe, że tu, na takim pustkowiu wydawałoby się, że po środku niczego przyroda płata takiego niesamowitego figla?”.
Tak jakby po przeciwnej stronie Laguny Cejar znajduje się jeszcze jedna atrakcja, Ojos de Salar. Jeziorko o zasoleniu porównywalnym do zasolenia morza martwego przyciąga, w to odludne miejsce, turystów możliwością pływania bez specjalnego wysiłku :-). My również skorzystaliśmy z okazji. Woda jest jednak tak słona i zimna, że Manię zamoczyliśmy jedynie do kolan. Z kolei na brzegu nie ma nawet skrawka cienia, a słońce potrafi tam porządnie przypiec. Dlatego też nasza kąpiel ograniczyła się do wejścia i wyjścia z wody :-), ale i tak było warto.
To był nasz ostatni wieczór w San Pedro de Atacama :-(. Żal się było rozstawać z pięknymi krajobrazami, ale też z samym miastem, które, mimo że jest typowo turystycznym punktem na mapie Chile to jednak ma w sobie coś, co nie pozwala o nim myśleć tylko w kategoriach „pustynnej sypialni”.

 

 

7 komentarzy

Kuba Marzec 22, 2019 - 10:46

Cześć, wybieram się w te same miejsca i również rozważam wypożyczenie samochodu. Jak wygląda sprawa depozytu w wypożyczalni ? Z tego co udało mi się doczytać, blokują na karcie 7-9 tys PLN na okres do 30 dni, i nie zawsze oddają tę samą kwotę 🙂 jakie są wasze doświadczenia związane z samym wynajmem auta w Chile ?

Reply
Mario Marzec 22, 2019 - 11:03

Hej,
my byliśmy 5 lat temu więc wiele się mogło zmienić, ale na 100% nie zostawialiśmy takiego depozytu bo na bank wtedy nie mieliśmy tyle limitu na kredytówkach. Rentalcars podaje w dość jasny sposób depozyty, najniższy jaki znalazłem w Calama to 250$ najwyższy 2000$, średnio trzeba zostawić 400$. Blokować zgodnie z prawem mogą na 14 dni, jak w tym czasie nie zgłoszą do banku dyspozycji pobrania kasa po tym terminie wraca na twoje konto. Jeśli nic nie zrobiłeś z samochodem i masz czysty formularz odbioru auta to nie widzę powodu żeby mieli ci pobierać coś z kaucji.

Reply
Magdalena Mk Wrzesień 3, 2017 - 09:22

a co ze szczepieniami? szczepiliscie dodatkowo dzieci?:)

Reply
Our little adventures Wrzesień 3, 2017 - 10:27

Nie, w Chile obowiązuje ten sam kalendarz szczepień co w Polsce, wiec nie było takiej potrzeby. Takie rzeczy, jeśli masz wątpliwości, zawsze warto konsultować u lekarza medycyny podróży. My polecamy bardzo fajna lekarkę podróżniczkę dr Milenę Dorosz z poradni medycyny podróży Medellan. Tutaj możesz sobie poczytać naszą rosmowę z nią: http://ourlittleadventures.pl/5146-2/

Reply
Urszula Krzemień-Rother Sierpień 25, 2017 - 21:37

Troche niepoważne. Dobrze, ze dziecku nic sie nie stalo

Reply
Kamila Niewiadomska Sierpień 25, 2017 - 06:35

Pustynia Atacama to wg. mnie jedno z piękniejszych miejsc na ziemi ❤️

Reply
Our little adventures Sierpień 25, 2017 - 06:42

Też tak chcieliśmy napisać, ale byliśmy jednak na Islandii i hmm…nie ma konkurencji.

Reply

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.