Do Puerto Montt dotarliśmy późnym wieczorem i jedyne na co mieliśmy siłę to ustalenie planu na jutro. Dwa busy, Parque Nacional Vicente Pérez Rosales i wulkan Osorno.
Dorota ostrzegała nas przed tłumami i długim weekendem w Chile. Na szlaku spotkaliśmy trzy osoby. To był jeden z tych dni, kiedy nie dzieje się nic spektakularnego, a mimo to pamięta się go najmocniej — jezioro, cisza i ośnieżony stożek wulkanu, który po prostu stoi nad wszystkim.

Dzień pod wulkanem Osorno
Już sama droga do wulkanu wydawała się nam niesamowita, ale to co zobaczyliśmy po przyjeździe przeszło nasze oczekiwania. Odnosimy wrażenie, że nadużywamy tego zwrotu, ale takie jest właśnie Chile. Każde miejsce jakie odwiedziliśmy było inne, miało coś szczególnego, niepowtarzalnego, spektakularnego. Niby ciągle wulkan a te w Pucon jakby zupełnie inne. Jak sobie myślimy o Mani, jak będzie starsza to trochę nie możemy się doczekać momentu, w którym opowiemy jej co przeżyła, gdzie była i co widziała, a czego pewnie nie pamięta. Nie, pamięć jest tutaj jednak najważniejsza, ale fakt, że jesteśmy tu razem i razem to przeżywamy. Wyjazd z Manią nie zmienił naszego sposobu podróżowania, zmienił postrzeganie tego, co mamy w zasięgu ręki, a czego jako dorośli zwyczajnie w świecie nie dostrzegamy, omijamy.

Okolice Puerto Montt
Wracając jednak do naszej historii. Jak tylko wysiedliśmy z microbusa od razu nasunęło się nam skojarzenie do tolkienowskich powieści. Z jednej strony ośnieżony szczyt Osorno, z drugiej jezioro Todos Los Santos, a po środku my :-). Zgodnie z sugestią Doroty pierwsze kroki skierowaliśmy do malutkiej przystani, za 3000 CLP ~24 zł od osoby spędziliśmy 30 minut w małej łódeczce pływając po jeziorze oraz podziwiając majestatyczny wulkan z innej strony.


Na sam wulkan można wejść. Jest to jednak bardziej niebezpieczne niż wejście na wulkan Villarica w Pucon. Tym razem nawet się nie pytaliśmy specjalnie nikogo o taką możliwość. Wybraliśmy za to pieszą wycieczkę u podnóża Osorno. Dorota ostrzegała nas przed możliwymi tłumami w Parku, a dodatkowo tego dnia w Chile było święto i wydłużony weekend. Tłumów nie było, a na samej ścieżce spotkaliśmy może łącznie trzy osoby. Dopiero później Miguel wytłumaczył nam, że Chilijczycy nie przepadają za aktywnym spędzaniem czasu i to było widać.

Wiedzieliśmy, że nie starczy nam czasu, żeby przejść całą drogę, dlatego po około czterech kilometrach odbiliśmy na drogę powrotną, wracamy plażą. Zdjęcia może choć trochę oddają to co widzieliśmy. Nie oddają za to na pewno ciszy, spokoju, odizolowania jakie czuliśmy. Jeśli znajdziecie się kiedyś w okolicy Puerto Montt musicie odwiedzić to miejsce, naprawdę warto. Podobnie zresztą możecie dopisać do listy pustynię Atakama.



Podróżowanie po Chile okazało się dużo prostsze niż zakładaliśmy, no może poza naszą przygodą w drodze powrotnej do Santiago z Vina del Mar



