Główna » Czy te Wasze dzieci w ogóle się czegoś uczą? Największe mity o edukacji domowej

Czy te Wasze dzieci w ogóle się czegoś uczą? Największe mity o edukacji domowej

by Karo

Wasze dzieci nie będą miały kontaktu z rówieśnikami. Ciężko Wam będzie zagonić dzieci do nauki. Zobaczycie, trudno będzie wrócić do systemu. Czy Wy w ogóle nadajecie się na nauczycieli? Nie stać mnie na rzucenie roboty, żeby siedzieć w domu z dziećmi. Czy wszystkie te zdania to mity o edukacji domowej? Czy jest w nich może jakieś ziarenko prawdy?

Za nami rok edukacji domowej. Nikt nie zginął, wszyscy cali, zdrowi i szczęśliwi, a egzaminy klasyfikacyjne do następnej klasy zdane jeszcze w kwietniu. Pora więc na małe podsumowanie.

Największe mity o edukacji domowej – czy coś się z tego sprawdziło?

Kiedy we wrześniu zeszłego roku, tuż przed przeprowadzką do Tajlandii, występowaliśmy do dyrekcji szkoły naszych dzieci (wtedy 1 i 2 klasa SP) z wnioskiem o edukację domową (o całym procesie i wszystkich formalnościach napisaliśmy obszerny tekst z konkretami), zalały nas komentarze. Generalnie miało być trudno. Straszono nas, że nie damy rady a dzieci odzwyczają się od szkoły, obowiązków, że będą na wiecznych wakacjach pod palmą.

Czy rzeczywiście tak się stało? Zobaczcie sami. Pora na zmierzenie się z największymi mitami o edukacji domowej.

Dzieci w edukacji domowej nie mają kontaktu z innymi dziećmi

Jednym z najczęstszych mitów jest twierdzenie, że dzieci uczące się w domu są izolowane społecznie i nie mają okazji do tzw. interakcji z rówieśnikami. Rozpracowałam ten mit kilkanaście miesięcy wcześniej, kiedy braliśmy pod uwagę to, że nasze dzieci być może nie będą szły standardowym szkolnym trybem. Zarówno podczas rozmów w moim podcaście Dobranocka dla rodziców (posłuchajcie koniecznie wywiadu z Andre Sternem czy rozmowy z Moniką Kamińską-Wcisło z Centrum Nauczania Domowego), jak i w czasie niezliczonych wymian zdań z rodzicami mającymi dzieci w edukacji domowej, gadaliśmy o tym, czy rzeczywiście dzieciaki w edukacji domowej są wyobcowane, mają gorszy kontakt z ludźmi, czegoś im tutaj brakuje.

Okazuje się, że jest wprost przeciwnie. W znakomitej większości (bo też są wyjątki, wiadomo!) dzieci w edukacji domowej są dużo bardziej otwarte, śmiałe i ciekawe świata. Spędzają bardzo dużo czasu na różnego rodzaju zajęciach: w domach kultury, na boisku, w parkach, na różnych kółkach zainteresowań, szkołach językowych czy w harcerstwie. Nie tylko poznają na nich dużo innych dzieci, nawiązują relacje, ale też uczą się pracować w grupach z dziećmi z różnych środowisk.

Nasze dzieci, poza robieniem polskich lekcji, chodzą do małej szkoły na Koh Lancie, prowadzonej przez nauczycielkę z Kanady wraz z nauczycielką z Tajlandii. Ich szkolni kumple to dzieciaki z Wielkiej Brytanii, Izraela, Tajlandii, Rosji, Niemiec, Szwecji, Norwegii, Kanady czy Polski (polska społeczność na Lancie jest coraz większa!). Po szkole dzieci chodzą razem do kina, na plażę czy do kogoś do domu. W weekendy co jakiś czas są wspólne wycieczki. Serio, czasu z innymi dziećmi nam tu nie brakuje.

Rodzice nie nadają się na nauczycieli

Niektórzy uważają, że rodzice nie mają odpowiednich umiejętności ani wiedzy, aby zapewnić swoim dzieciom wysoką jakość nauczania w domu. Ja też się trochę tego bałam na początku. Bo przecież ani ja, ani Mario nie mamy wykształcenia pedagogicznego, nie znamy metodologii uczenia. Jak się jednak okazało, martwiłam się zupełnie niepotrzebnie.

Każde dziecko, które przechodzi na edukację domową, dostaje od nauczyciela/nauczycieli listę zagadnień zawierających podstawę programową, z której należy się przygotować do egzaminu.

O egzaminach i o podstawie programowej napisałam obszerne artykuły na blogu: Egzaminy w edukacji domowej + Dlaczego robimy z naszymi dziećmi niezbędne minimum.

Taką listę dostaje się na początku przygody z edukacją domową, jest więc czas na spokojne zaplanowanie pracy z dzieckiem na cały rok. My, wiedząc, że w Tajlandii możemy mieć utrudniony dostęp do polskich bibliotek czy materiałów edukacyjnych, postanowiliśmy skorzystać z Platformy Centrum Nauczania Domowego, na której znajduje się podzielona na konkretne lekcje podstawa programowa z całej szkoły podstawowej. I muszę przyznać, że świetnie nam to ułatwiło realizację całego materiału.

Poza tym, korzystaliśmy i korzystamy z fantastycznych, bezpłatnych materiałów i treści edukacyjnych dostępnych online. Sprawdźcie nasze ulubione źródła, z których na co dzień korzystamy – zakochacie się!

Serio, z naszego doświadczenia wynika, że podstawową umiejętnością rodzica w edukacji domowej jest wiedza, gdzie szukać materiałów, z których dziecko może korzystać.

Rodzice muszą zrezygnować z pracy, by uczyć swoje dzieci

To jeden z większych mitów na temat edukacji domowej. Chociaż, muszę przyznać, że jest w nim ziarenko prawdy – przynajmniej jeśli mamy w domu młodsze dzieci (klasy 1-3). I tu nie chodzi tylko o realizację podstawy programowej, o same lekcje. Te zajmują tak naprawdę max. godzinę dziennie (u nas były okresy, że zajmowały nam godzinę tygodniowo – podstawa programowa jest naprawdę bardzo ograniczona).

Chodzi o dwie inne rzeczy. Pierwsza z nich to nauczenie dzieci systematyczności uczenia się. Wyrobienie przyzwyczajenia do tego, by codziennie, chociaż na kilka minut siadły z książką, zeszytem, grą, flamastarami i kredkami i poświęciły czas na coś edukacyjnego.

Pokazanie dzieciom samego procesu myślenia – tego, jak mają myśleć, a nie co mają myśleć. To jest dla mnie najtrudniejsza – ale jednocześnie najfajniejsza – rzecz w edukacji domowej.

Druga rzecz to zwyczajna opieka nad dziećmi. Przecież nie zostawimy dzieci w pierwszej czy drugiej klasie na cały dzień samych w domu. Jedno z rodziców (w tym przypadku jestem to ja), musi zmienić swój sposób pracy, by więcej czasu spędzać z dziećmi w ciągu dnia. Nie trzeba rezygnować z pracy. Trzeba ją jednak dostosować pod rytm dnia z dziećmi.

Innym rozwiązaniem, jeśli rodzice nie chcą lub nie mogą rezygnować z pełnoetowej pracy jest posiadanie bardzo dużej sieci wsparcia wokół. Mogą to być dziadkowie, dalsza rodzina albo opiekunowie. Można też umówić się z innymi rodzinami w podobnej sytuacji i zorganizować opiekę naprzemienną. Wtedy pracujemy np. 4 dni w tygodniu, w tym czasie inne rodziny zajmują się opieką i edukacją naszych dzieci. Potem w ten dzień, kiedy nie pracujemy, bierzemy pod nasze skrzydła wszystkie dzieciaki z takiej kooperatywy rodzicielskiej.

Można też zrezygnować z części etatu, poprosić o częściową pracę zdalną albo – tak jak zrobiliśmy to my – sukcesywnie dążyć do zmiany modelu swojej pracy.

Jak wygląda więc mój dzień – dzień Mamy z dziećmi w edukacji domowej?

Pracuję na swój rachunek, więc mam ten komfort, że mogę sama sobie wyznaczać godziny pracy. Kiedy dzieci od poniedziałku do piątku dzieci są w swojej angielskiej szkole, realnie mam około 4 godzin na pracę. Do tego 2-3 razy w tygodniu dochodzą wieczory albo jeden dzień w weekend, kiedy mój mąż, Mario przejmuje dzieci.

Mario z kolei pracuje na dwie zmiany: jedna praca jest tu na miejscu, w centrum nurkowym na Lancie, a druga to praca zdalna dla polskiej organizacji, którą zaczyna (ze względu na różnicę czasu między Polską a Tajlandią), tuż po tej pierwszej.

Nasz model nie jest idealny. Czasem sprawdza nam się świetnie, a czasem – kiedy pracy jest zdecydowanie więcej – wymaga od nas ogromnego zaangażowania i balansowania na granicy. Czasem mamy więcej luzu, czasem rezygnujemy z tzw. czasu wolnego, czasu dla siebie nawzajem, by trzymać w garści wszystkie sznurki.

Jak widzicie, decyzja o edukacji domowej dzieci, pociąga za sobą zmianę całego modelu funkcjonowania rodziny.

Brak standardów i ocen, więc dziecko nie ma motywacji do nauki

Istnieje przekonanie, że w edukacji domowej brakuje standardów i systemu ocen, co może wpływać na rozwój dziecka. W rzeczywistości rodzice w edukacji domowej często korzystają z różnych materiałów, programów nauczania i narzędzi oceniania, aby zapewnić swoim dzieciom strukturę i monitorować ich postępy (m.in. na Platformie Centrum Nauczania Domowego jest mnóstwo fajnych sposobów, by sprawdzić, czy dziecko rzeczywiście czegoś się nauczyło, czy nie).

Poza tym, czy oceny wyrażone cyfrą – bo to jest najczęstszy sposób oceniania w szkole, do którego się wszyscy przyzwyczailiśmy – są naprawdę konieczne?

Ocena sama w sobie nic nie znaczy.

To tylko informacja na temat tego, czy nasze dziecko w danym momencie przyswoiło sobie sprawdzany przez nauczyciela zakres materiału, który jego zdaniem jest wymagany, by móc zacząć realizowanie kolejne rzeczy. Nic więcej. Wiedzę sprawdzić można na sto tysięcy innych sposobów. I co najważniejsze, w dużo mniej inwazyjny sposób, niż robi się to w szkole.

Ja sama się na tym złapałam, że wszystkie moje złe oceny traktowałam jak kary, które zamiast mnie motywować, tylko podcinały mi skrzydła. A zła ocena to przecież nie jest żadna kara. Kara może być za coś, co jest przewinieniem. Zła ocena to albo efekt lenistwa (bo nie chciało mi się uczyć) albo efekt niewystarczających umiejętności, które po prostu trzeba wzmocnić, uzupełnić. I już.

„Kreatywność to największe narzędzie edukacyjne, jakie możemy dać naszym dzieciom.” Sir Ken Robinson

Dlatego też w naszej rodzinnej edukacji domowej bardzo się staram, by była to przede wszystkim fajna, kreatywna przygoda. Ze stawianiem pytaniem, poszukiwaniem informacji z różnych źródeł, obserwacją naszych dzieci. Każde z nich uczy się w innym tempie, w zupełnie inny sposób. Co innego je interesuje, zupełnie inne rzeczy zachęcają do dalszych poszukiwań. Jeśli po skończonej pracy, stawiałabym im oceny (a więc chcąc nie chcąc porównywałabym moje dzieci) według mnie byłoby to totalnie nie fair.

Ja po prostu daję im informację zwrotną, do czego mogą wykorzystać zdobytą już wiedzę, a nad czym jeszcze trzeba popracować, żeby móc w praktyce z niej skorzystać.

I to nam się super sprawdza.

Ograniczona różnorodność doświadczeń – mity o edukacji domowej

Kolejne mity o edukacji domowej dzieci to te o braku różnorodności doświadczeń, które dzieci nabywają w tradycyjnej szkole. Wystarczy tylko chwilę się nad tym zastanawić, by stwierdzić, że nie jest to prawda. Z naszych własnych doświadczeń i obserwacji innych wynika, że rodzice w edukacji domowej są aż nadaktywni w dostarczaniu dzieciom różnorodnych doświadczeń. I tych życiowych i tych stricte naukowych.

Co robimy my, by te różnorodne doświadczenia dzieciom zapewnić?

  • zabieramy dzieciaki na różnego rodzaju wycieczki (i to nie tylko te dalekie): do lasu, do rodziny w innej miejscowości, w góry, na kajaki, na rowery, pod namiot, na narty, do kina, do teatru czy muzeum, do restauracji z jedzeniem z innego kręgu kulturowego, na spotkania z ekspertami z różnych dziedzin, także do naszej pracy
  • robimy nocowanki z innymi dziećmi – u nas i w domach przyjaciół dzieci
  • spotykamy się na piknikach w lesie, na działce przyjaciół i dalszych znajomych, spędzamy razem czas
  • urządzamy wspólne wieczory filmowe z sąsiadami i przyjaciółmi
  • pieczemy, gotujemy, wymyślamy razem różne dziwne potrawy
  • czytamy książki i oglądamy filmy a potem o nich nawet dyskutujemy – urządzamy sobie takie miniDKF-y
  • gramy w plaszówki i play station, robimy eksperymenty
  • „pozwalamy” na samodzielność: robienie drobnych zakupów, zamawianie w restauracji, wybieranie w co się chcą ubrać, samodzielne dbanie o swoją higienę, nakrywanie do stołu, porządek w swoich rzeczach, pomoc młodszemu rodzeństwu
  • i wiele wiele innych – po prostu żyjemy razem z naszymi dziećmi, włączając je na różnych poziomach w to nasze życie

W ogóle jestem przekonana, że zbieranie doświadczeń życiowych, w tych naukowych, edukacyjnych, odbywa się głównie poza szkołą. W szkole, w znakomitej większości, realizuje się wystandaryzowaną podstawę programową. A wszystkie wycieczki czy rzeczy dodatkowe to decyzja nauczyciela. A jak wiemy, z tymi chęciami nie zawsze jest najlepiej.

I największy mit o edukacji domowej: brak przygotowania do przyszłego życia

I na koniec, mój ulubiony mit o edukacji poza murami szkoły. Istnieje powszechne przekonanie, że tylko szkoła może przygotować dzieci do przyszłego życia: społecznego i zawodowego. To jedno z największych nieporozumień, wynikających z braku podstawowej wiedzy na ten temat.

Po pierwsze, czym jest to „przyszłe życie”? Jak ono będzie wyglądać? Jakich kompetencji będą potrzebowały nasze dzieci za 10 czy 20 lat? Czy na pewno polski system szkolnictwa jest tym, co przygotuje nasze dzieci do życia?

Pięknie podsumował to w jednym z odcinków mojej Dobranocki dla rodziców, Mikołaj Marcela: Współczesna polska sokoła przyucza do pracy bezsensownej i mechanicznej, przyzwyczaja do tego, że praca to siedzenie i oddawanie swojego czasu wolnego.

Nie sposób się z nim nie zgodzić. Wiecie, że system szkolnictwa, który mamy dzisiaj w Polsce, pozostaje prawie niezmieniony od początku swojego istnienia? A powstał… w XIX-wiecznych Prusach. Wtedy głównym celem edukacyjnym było wykształcenie przyszłych pracowników fabryk i zdyscyplinowanych żołnierzy. Chyba nie o to nam dzisiaj chodzi, prawda?

★★★

Zainteresował Was temat edukacji domowej? Chcecie dowiedzieć się więcej?

Zebrałam dla Was najważniejsze teksty i podcasty na temat edukacji domowej, które do tej pory stworzyłam lub brałam w nich udział jako gościni. Mam nadzieję, że Wam się przydadzą.

Materiał powstał we współpracy z Centrum Nauczania Domowego, z którym jesteśmy związani od kilkunastu miesięcy.

Zostań z nami na dłużej!

Inne wpisy

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.